czwartek, 29 marca 2018

Annapurna dzień 9-11. O wolności na 5416 m. n.p.m.

Dzień dziewiąty Siri Kharka ok 4000 do Letdar 4230 m n.p.m.
Często jest tak, ze obarczamy góry naszymi oczekiwaniami. To tutaj uciekamy w nadziei znalezienia odpowiedzi na nurtujące nas pytania. To tu poszukujemy naszej pewności siebie, spokoju, wielkości. Czekamy aż natchną Nas głębokie myśli, zrozumiemy sedno wszechświata, poczujemy z nim bliskość. Przecież w wielu pismach religijnych (od Biblii po pisma buddyjskie) oraz w literaturze powszechnej góry były często miejscem wewnętrznych przemian, boskich obietnic.
Przez pierwsze dni trekingu a zwłaszcza pierwsze dni gdy pojawiły się białe szczyty, próby wytężenia umysłu do przeżycia „czegoś wielkiego” było czuc od dużej liczby podróżników (zwłaszcza tych indywidualnych) jak nieświeże skarpetki. W ostatnich dość ciężkich dniach zaczęłam się zastanawiać nad moimi „głębokimi myślami” , więc tak: myślę sobie: idę, góry, jest magicznie...hmm...głodna jestem…. Góry...jest magicznie… Ile jeszcze do postoju? To już nie miało być tu? Psss...Góry jest magicznie, Buddyzm… jeszcze pięc kroków… cztery wdechy….góry, na pewno mam chorobe wysokościową...K%&*%* ile jeszcze!!! pięć kroków, trzy wdechy… Góry jest magicznie….&$#@# ale ja się poce jak świnia…. (…) No to chyba by było na tyle ^^
Po ostatnich dniach czołgania sie przez lód i stromizne ten dzień wydal sie jakis magiczny. Mijane po drodze twarze były bardziej niż zwykle radosne. Znikneło nawet meczące napiecie poszukiwania głębokich przeżyć. Pokonujac dzisiejszy szlak miałam wrażenie że każdy podskakuje w dziwnej beztrosce. Grupowe katharsis? Nadszedł taki dzień kiedy przestajesz mysleć, albo przestajesz myśleć że myślisz i po prostu cieszysz się, przestajesz szukać powodu i celu i ściągasz z gór i z siebie te Twoje oczekiwania i cieszysz się zupełnie bezpodstawnie…- wtedy jestes wolny.
Roslinośc dzisiejszego dnia zmieniała się nieustannie. Zeszlismy do doliny Marsyangdi przez malowniecze lasy, by po drugiej stronie ponowne przywitac niska rozslinnosc wysokogórską i miejscami snieg. Minelismy Yak Kharkę by zatrzymac się tylko godzine dalej w Letdar. Tu juz też nie było jak przebierac z noclegami. Na postoju było pare chat. Zajelismy ostatnie miejsca. Wyżej ma być tylko gozej. Kazdy się spieszy i wyrusza o świscie żeby dostac jakiekolwiek łóżko a nie zięmie w sali jadalnej. Dobry sen to podstawa sił na kolejny dzien marszu. Zaczełam sie zastanawiać czy nie pocisnac jeszcze 2 godziny do thorung Pedi. Stamtad juz tylko ostateczny dzień przejścia na druga stronę najwyższego punktu i spełnienie marzeń o ciepełku coraz blizej! Zimne noce na prawde dawały mi sie we znaki. Tutaj grzeja tylko przez okres kolacji w sali jadalnej i koniec. Zaprzyjaźnieni podróżnicy przekonali mnie jednak żeby nie cisnac za bardzo. Zreszta z zaprzyjaźnionymi ludźmi zawsze raźniej W schronisku było jak zwykle przyjemnie dopóki ogień w kominku się palił, ciepła imbirowa herbata grzała rece I garło, dal bath żoładek a gitara i śpiewy serduszko. Później jak zwykle tylko zimno, kaszel i męka.
Dzień dziesiąty
Z Letdar 4230 m n.p.m. do High camp 4850 m. n.p.m.
Do Thorung Pedi (4540m n.p.m.) doszliśmy prawie z rozpędu. Tu chwila przerwy. Nikt nie chciał się spieszyć kolejne 400m do góry. Juz nawet nie chcielismy walczyc o nieliczne miejsca w High Campie… najwyżej bedziemy spac na ziemi, ale co za szybko to niezdrowo. Każdy przewodnik przestrzegał przed nocą w High Campie. Tego dnia do góry podchodzi sie dośc wysoko. Jak ktoś nieaklimatyzował się np w Tilicho lepiej zeby spedził noc nizej. Dziennie zaleca się pokonywanie 500m w góre by ustrzec sie przez rozwojem choroby wysokogórskiej. Baza w Thorung Pedi wyglądała przytulnie. To chyba jedna z najlepiej przygotowanych miejsc. Zapachy z tutejszej piekarni były zachęcające, skusiłam się na szarlotke I oczywiście standardowo jak już od paru dni zupa czosnkowa I herbata imbirowa bo kaszel rozrywał mi juz płuca. Chwilę porozmawialam z żoną wlasciciela -z południowej afryki. 3 dni temu helikopter brał ciężki przypadek obrzeku płuc. W sumie codziennie zdarzają się jakieś mniejsze przypadki. Co chwila coś się dzieje. PO tych rozmowach trochę się przeraziłam. Głowa boli mnie j od 3 dni ale to chyba od kataru- chyba.
Powoli zaczęliśmy pokonywać kolejne 400m w górę. Tylko godzinka i high camp ukazał nam się w całej swej okazałości. Widoki były cudne a dodatkowo cudną niespodzanką były specjalnie dla nas zarezerwowane pokoje przez przewodnika Johane I Dizy. Pobiegli przed nami bez tchu zebyśmy wszyscy wypoczeli przed najcięższym dniem. Tych którzy nie odwiedzają High campu w ciagu dnia omijają wspaniałe widoki ze wzgórza nad campem. Dla ludzi którzy nocuja w Thorung Pedi podejscie zaczyna się wczesnie w nocy bez możliwości podziwiania tych widoków. A widoki cudo! Chwilę siedzieliśmy w zadumie...nikt nie wypowiedział słowa.
Po kolacji pare osób zdecydowało się zejść ze wzgledu na złe samopoczucie. Jedna dziewczyna musiała być sprowadzona bo lekko się zataczała. Helikoptera nikt nie słyszał więc chyba 400 m w dół było wystarczajace by się lepiej poczuć.
Ceny noclegów i jedzenia porównywalne: noclegi 100 Rp. Jedzenie jak zawsze pożywne, porcje duże. Od 200-600Rp/ za danie. Woda ok. 200 Rp
Dzień jedynasty 
High Camp 4850 m. -Thorung La 5416 m . - Mutkinath 3800m
Dzień próby! Start o 6 w sumie o 5 byłam już na nogach bo Andrea obudziła mysz I gonił ja po pokoju. Z dołu już wędrowały światełka latarek. Ja się ciesze że przebyłam tę tase dnia wczorajszego, dziś tylko boli mnie głowa...od kataru...tak myslę. Po wielkiej misce zupy czosnkowej rozpoczełam wspinaczkę. Droga niby łatwa, stromizna nieimponujaca ale kiedy jesteśmy na 5 tys metrów wysiłek którego trzeba uzyc do kazdego kroku jest abstrakcyjnie olbrzymi. Po drodze spotkałam pare polaków na rowerach I wiele osób które gdzieś mijałam przez ostatnie 10 dni trekingu. Ból głowy w sumie nie był wiekszy… to przeciez od kataru… chyba…A moze jednak to choroba wysokogórska? A jak nie zdaze zejsć I padne? I poco mi to było? Nigdy wiecej (haha) Zjadałam po drodze 3 snikersy I po 3 godzinach byłam na przełeczy. Na miejscu juz czekały Dizy I johana wraz z Filo!! Jak dobrze kiedy w sumie zupełnie obcy ludzie o tobie pamietaja. BYła tu tez budka z gorącą herbata! Teraz już tylko w dół… jakies 4 godziny i 1620 m w dół !!! Po drodze zrobilismy sobie postój z widokiem na wspaniała dolinęi miasteczko Mutkinath. Juz nigdzie nam sie nie spieszyło. Nocleg udało isę znależć w kultowym hoteliku Bob Marley. W wielu relacjach z trekingu to tam wszyscy się spotykali I tak było także I dziś. Radość nieopisana. Ledwo powłucząc nogami doczołgałysmy się na słoneczny taras na pierwsze od paru dni piwo I lokalną brendy. W koncu nie grozi nam choroba wysokościowa I mozna sie napic, Yeah! Na jedzeniu tez nikt nie oszczedzał. Bob marley słynie z rewelacyjnej kuchni. Zresztą -zasłuzyliśmy!!! ^^
Info praktyczne:
Nocleg w Bob Marley za darmo -trzeba zamawiac jedzenie na miejscu. jak jesz nie płacisz za pokój
Jedzenie w cenach standardowych zupy 100-300Rp
Dania obiadowe 300 - 1000 Rp w tym wysmienite burgery z Yaka
Piwko 500Rp lokalna brendy szklaneczka ok 200 Rp

Siri Kharka





\
 


  
 


Widoki z High Camp!!! 
 


 
 
 

 Thorung La i pierwszy rzut oka na drugą strone
 Schodzimy


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz