wtorek, 25 marca 2014

Ku morskiej przygodzie -na północ cieśniną Makassar

Ale mój świat sie teraz trzęsie, zgrzyta, przewala z lewa na prawo, z prawego przodu na lewy tyl. Ogólnie po każdej możliwej linii. Cały świat w końcu. Jeden salon z kuchnia, dwie łazienki, dwie kabiny sypialne  mostek. Pokład górny z drugim mostkiem i wygodna sofą. Szklanka ucieka spod ręki a człowiek chodzi jak Johny Deep w Piratach z Karaibów. Produkcja wody słodkiej znów cos zamarudziła wiec herbata wyszła słonawa ugh. Kolwjny dzień ścigamy sie z falami i rodeo zaczyna sie na nowo.
W drodze jesteśmy od 18 tego września i pięć dni płynęliśmy z wysp Flores bez żadnego postoju przez ciśninę Makassar  pomiędzy Sulawesi a Borneo. Na Flores dostałam sie ekspresowo z pólnocnej sumatry na zaproszenie kapitana Briana. Przygode na łodzi Furthur czas zacząć. Ląd pojawiał się tylko od czasu do czasu. W większości były to malutkie wysepki z białym piaskiem i paroma palmami. Warty mieliśmy na zmianę po dwie godziny każdy. Kapitan nauczył nas, na co zwracać uwagę i kiedy go wołać. Furthur to łódź motorowa bez żagli, więc głównie trzeba było mieć pod kontrolą radary, głębokość i czy statki nie pojawiają się w okolicy. Najgorsze były małe łodzie rybackie, które kiepsko było widać i nie pojawiały się nawet na radarze. Na początku bardzo się stresowałam, ale z czasem było coraz łatwiej. Posiłki także przygotowywaliśmy na zmianę. Kuchnia wyposażona była bardzo dobrze. Mieliśmy mikrofalówkę, kuchenkę gazową i piekarnik. Wszystko jak w normalnym domu. Dużo świerzych i zamrożonych warzyw. Zamrożone mięsa, sery dziesiątki litrów mleka i różne inne dodatki plus ciastka, lody… same smakołyki. Wszyscy gotowali wyśmienicie, wręcz popisowo! Upieklam nawet raz muffinki :)  Śniadanie każdy jadł osobno w związku z tym, że mieliśmy warty o różnych godzinach i każdy budził się, kiedy już wypoczął. W środku dnia był lekki, zimny i szybki lunch. Przeważnie kanapki albo sałatki dla oszczędności gazu. Wieczorem o 6 odbywała się wspólna wielka uczta na górnym pokładzie z widokiem na wspaniałe morze. Przed posiłkiem trzymaliśmy się za ręce i każdy składał podziękowania. A to za wspaniałą pogodę, za delfiny skaczące przy łodzi, za zachód słońca czy przepis mamy Sam na rewelacyjną lasagne. Kapitan miał na łodzi swój cały dobytek, czyli wiele książek, cztery gitary wraz z dużym wzmacniaczem gitarowym. W końcu podróż dookoła świata to jego sposób na życie i od czasu, kiedy opuścił Amerykę minęły już chyba 4 lata. W wygodnym salonie znajdował się duży telewizor oraz parę terabajtów filmów i seriali. Kapitan wszystkich zaraził serialem Dexter i tak oglądaliśmy wszystkie serie od początku do ostatniego odcinka. Sam jest bardzo kreatywna osoba i zawsze miała pomysł na nową rozrywke. Zakupiła zestaw do indonezyjskiego Batiku. Jest to tutejszy sposób na barwienie tkanin przy użyciu wosku jako substacji maskującej wzór którego akurt barwić nie chcemy. Jest to pracochłonne ale i zabawne. Ja osobiście oddałam się robieniu ozdób z łupin kokosa. Bardzo brutalna zabawa! Najpierw piłowanie, puźniej szlifowanie elektryczne a na koniec polerowanie papierem ściernym. Ten ostatni etap potrafił być bardzo uzależniający i kazda z nas chodziła ze swoją ozdobą dosłownie wszedzie polerując i polerując na błysk. Jeszcze parę słów na temat łodzi: łazienki jak już wspomniałam były dwie. Jedna dla kapitana a jedna dla załogi i były małe, ale zupełnie takie jak w każdym domu z najnormalniejszym prysznicem z wodą słodką, która produkowana była na łodzi. Coś się jednak popsuło przy pompach (dokładnie nie wiem) i czasami była nieco słonawa.  Pogoda nam dopisywała i nawet nie bujało tak bardzo. Dni mieliśmy słoneczne.  Godziny mijały i mijały. 
Mimo pozytywnego oszołomienia nowym stanem egzystencji nie było aż tak błogo… Przyczepiła się do mnie dziwna wysypka plus osłabienie i lekka gorączka głownie wieczorem. Po dwóch dniach zaczęliśmy się zastanawiać czy to może malaria… ale jakoś tak dziwnie: codziennie? O statecznie okazało się, że prawdopodobnie była to reakcja alergiczna na indonezyjskie ciężkie proszki do prania. Eh…. Najlepsze… w życiu swoim całym alergii na nic nie miałam. Przemęczyłam się tak 4 dni, ale po ponownym przepraniu pościeli wszystko przeszło.
Niby zawsze to samo… niebieskie i niebieskie i ci sami ludzie.  Mogłoby się wydawać: nudno. Nic takiego! Morze każdego dnia było inne a każdy dzień mijał niesamowicie szybko. Choćby na spoglądaniu przed siebie z książką w ręku i długich towarzyskich rozmowach albo na liczeniu płynących przez niebo chmur. Czego chcieć więcej? Pogodę mieliśmy wspaniałą. Słonecznie i wiatr nie wiał zbyt mocno a czasem wręcz w ogóle. Dla łodzi motorowej to nawet lepiej. Jednego dnia na mojej warcie przyuważyłam w oddali delfina. Chwile później ukazały się kolejne. Przez około 10 minut skakały przy naszej lodzi. Woda była tak przejrzysta, że bez przeszkód mogliśmy oglądać ich figle. Płynęliśmy na północ pomiędzy Sulawesi a Borneo. W pierwszej godzinie 22 września przekroczyliśmy równik. Tego też dnia pierwszy raz od opuszczenia Flores zakotwiczyliśmy się na noc w małej zatoczce przy Indonezyjskim Borneo. Cisza spowodowana wyłączeniem silnika, który chodził bez przerwy przez ostatnie 5 dni była przedziwnym nowym doświadczeniem. Następnego dnia wieczorem dopłynęliśmy do małej wysepki Derawan której okolice słyną z rewelacyjnych miejsc do nurkowania. Woda była tu kryształowo czysta i rafę podziwiać mogliśmy już z naszej łódki. Tak na wyciągnięcie ręki! Zaraz przypłynęli do nas miejscowi na niewielkiej łódeczce. Utargowałyśmy transport na wyspę wraz z powrotem.Nawet nie wiedzieliśmy, kiedy opłynęliśmy całą wyspę dookoła. Taka była mała. Umówiliśmy się na powrót za parę godzin. Na lądzie znajdowała się niewielka wioska z paroma agencjami nurkowymi. Bardzo tu spokojnie. Spotkaliśmy tu jedynie czterech turystów. Taki mały spokojny raj do nurkowania i ukrycia się przed całym światem. Duża część plaży zabudowana była bungalowami na palach, których część wychodziła w głąb wody tuz nad kolorową rafę.
Pospacerowaliśmy trochę, głównie w poszukiwaniu baru z piwkiem. Okazało się to jednak bardzo trudne, wręcz niemożliwe.  W końcu znaleźliśmy, piwo było jednak strasznie drogie i w dodatku ciepłe. Cóż tak to bywa w krajach muzułmańskich zwłaszcza w wioskach na końcu świata. Podczas naszych poszukiwań trafiliśmy szczęśliwie do jedynego tutaj dużego resortu dla turystów. Obecnie o dziwo pustego. Zaczepił nas jeden ze strażników i powiedział, że za chwile będzie wypuszczał żółwie do wody, czy nie chcemy pooglądać. Żółwie znalazł rano na terenie resortu. Właśnie się wykluły, ale mama złożyła jaja za daleko i w kiepskim miejscu. Żeby uniknąć podeptania stworzonek przez klientów albo pracowników, strażnik wyłapał je. Odwiedziliśmy ponownie to miejsce znajdując kolejne dwa i z wiadrem pełnym małych żółwików powędrowaliśmy na plaże. Ale frajda. Na koniec pan od żółwi (zresztą mało atrakcyjny) chciał pocałować Sam z języczkiem. Jak pisałam parę postów wstecz Indonezyjczycy uważają takie kontakty z Europejkami za zupełnie normalne. Przecież białe dziewczyny to nie muzułmanki więc co to dla nich za problem? Jakoś uciekłyśmy...Eh w Indonezji trzeba być twardym i sobie radzić.
Zrobiliśmy zakupy ze świeżych warzyw i owoców i zjedliśmy kolację. Zapakowaliśmy także jedno danie dla Kapitana, który został na łodzi.
Za niedługo opuścimy Indonezje. Spędziłam tu o wiele więcej czasu niż planowałam. Poznałam wspaniałych ludzi i już prawie zapuściłam korzenie. Sprawdzałam wiele opcji, dzięki którym mogłabym  w tym kraju zamieszkać ale nie jest to takie łatwe na dłuższą mętę. Tym bardziej jest to trudne dla lekarza, gdyż prawo Indonezyjskie zabrania obcokrajowcom praktyki. Pozwalając ewentualnie na prace wysoko wyspecjalizowanym konsultantom. Do tego trochę mi brakuje. Będę tęsknić i wiem, że zostawiam ludzi, którzy tęsknią za mną. Tego dnia w końcu złapaliśmy zasięg i mogłam poplotkować nieco z Keponk a Andy nie chciał się rozłączyć przez ponad godzinę. Jak dobrze by było zostać tu na zawsze i już nie podróżować. Uwielbiam tutejsze jedzenie, klimat, kulturę i ludzi. Nawet to, jaki mimo wszystko ten kraj jest wymagający i jakie tworzy wyzwanie. W tym momencie złapała mnie nostalgia czy powinnam tę podróż kontynuować… eh może już czas wracać do domu? Opuszczanie przyjaciół zaczyna być męczące. Leżałam sobie na zewnątrz a rozgwieżdżone niebo kołysało się wraz z łódką. Hm … e tam; pije sobie piwko pod taaaakim niebem, gdzieś na wodach morza Celebes nawigując od wysepki do wysepki ku nowym doświadczeniom, … czego chcieć więcej? czego tu żałować? Niech przygoda trwa nadal!

 Tak nam mija dzien:

A takie znalezlismy menu: serublane jajkaz palcami u stóp  i proóg z banananem i palcami u stóp :D Angielski bywa trudny!

Batikowa poszewka wykonana przez Sam:
Sam i Sue w salonie przebierają flagii:

Mostek z honorowa prycza którą osobiście zajełam :D



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz