niedziela, 15 lipca 2012

Tayrona Park -karaibski raj


 Kraibskie kolory czystego morza, bialy drobny piasek i cien palm -perfekcyne plaze!-to najwaniejsze elementy  Parku Tayrona . Do tego dodac jeszcze wspaniale spacery przez gesta dzungle, spotkania z malpami czy pelikanami i byloby rewelacyjnie gdyby nie towarzyszyl temu turystyczny tlok, potop konskich odchodow i drastycznie wysokie ceny juz pomijajac niski standard. W koncu nocleg w hamaku w takim miejscu to tylko dopelnienie karaibskiej przygody ale dlaczego za takie pieniadze. Na szczescie kiedy sie rozlozylismy pod palemka na plazy zajadajac znalezionego nieopodal kokosa w glowie zostal juz tylko wspanialy widok i karaibska bryza. I tylko spadajace z nieba kokosy moga zmacic ten idealny relaks.
Do parku dojechalismy sprawnie. Z Tagangi na mercado w Santa Marta, dalej pod wejscie gdzie zaplacilismy szalone 35tys COP i za kolejne 2 tys podjechalismy w glab parku. Byla to juz koncowka dlugiego kolumbijskiego weekendu a wciaz byl tlok. Lokalnym w przeciwienstwie do nas oplaca sie przyjechac tu na jeden dzionek gdyz bilet kosztuje dla nich tylko 13 tys. Przyjezdzaja wiec z calymi rodzinami i zapasem jedzenia by wylegiwac sie na perfekcyjnych plazach. To wcale nie przeszkadza, za to dziesiatki koni przewozacych ten kolumbijski leniwy tlumek i rozne towary doprowadza do szalu. Cala droge brnie sie w odchodach i co chwila trzeba schodzic ze sciezki by  przepuscic konie albo uciekac gdzies w krzaki gdy jakis leci jak szalony. W dodatku jak na zlosc konie uwielbiaja stawiac odchodowe stosy w najciasniejszych przejsciach. Eh! Na poczatek wybralismy sie na punkt widokowy spacerkiem 15 min od poczatku trasy. Pierwszy rzut oka na park i spodobalo nam sie. Po drodze spotkalismy niebagatela okolo 15sto osobowa grupe z Polski! Po okolo godzinie marszu przy pierwszej plazy czyli w Arrecifes znalezlismy noclegi w hamaku za 13 tys, coz takie ceny. Miejsce wyglada ladnie ale plaza nie do kapieli wiec postanowilismy ze wydamy wiecej by zostac jednak w drozszym a jak kazdy mowil ladniejszym miejscu czyli El Cabo.  Tam spacer zajal nam kolejne dwie godziny ale tylko dlatego ze kiedy po spacerze wzdloz plazy doszlismy do zakatka gdzie mozna w koncu plywac wskoczylismy bez zastanowienia. Hmmmm! Woda, rewelacyjna palemka nad glowa i tylko uwazac trzeba na spadajace kokosy. Po drodze spotkalismy takze pelikana i kraby.  Zwierzeta zupelnie sie nami nie przejmowaly. W El cabo miejsce w hamaku kosztuje juz 20 tys ale ze mielismy wlasne hamaki zakupione jeszcze w Peru zaplacilismy tylko 15 tys. Zaoszczedzone pieniazki szybko wydalismy jednak na zimne piwko, ktore tu kosztuje rekordowa cene 4 tys. Nie ma to jedna jak zimne piweczko pod palemka z nozkami w karaibskim morzu. Przez reszte dnia leniuchowalismy na plazy. Wieczorikem zrobilismy sobie kanapki z tunczyka z puszki  bo ceny jedzenia sa powalajace i dalej leniuchowalismy. Dla dopelnienia klimatu Max znalazl kokosy i dobral sie do nich swoim scyzorykiem. Ta wiec siedzielismy sluchajac odglosow morza i objadalismy sie bialym pozywnym miazszem.  Co za zycie! Noc w hamaku przetrwalismy bez problemu a rano wybralismy sie na spacer do Pueblito. To ruiny osady zamieszkiwanej do okolo 1400 roku. Dosc ciekawa siec schodow idacych w ciemna dzungle, kanalow wodnych i orkaglych fundamentow pozostalych po domkach. Spacer tutaj zajmuje w obie strony okolo 3 do 4 godzin i jest bardzo ciekawy choc pod gorke. To bardzo przyjemny kawalek lasu a w jednym miejscu natknelismy sie nawet na malpy. Nie byly one zadowolone z naszego pobytu pod ich drzewami i zaczely w nas rzucac galezmi. Haha. Pudlo! Ciezko bylo jednak zlapac jakiekolwiek zdjecie gdyz siedzialy strasznie wysoko na grzewach. PO powrocie znow siedzielismy na plazy i objadalismy sie kokosami. Mialam tez bliskie spotkanie z pelikanem ktory zaatakowal mnie gdy zanurkowalam pod wode. Moze myslal ze jestem rybka? Miejsce az ciezko jest opuszczac tylko jak sie prowiant skonczy szybko mozna zbankrutowac na jedzeniu. W drodze powrotnej mielismy duzo szczescia i najpierw zapakowalismy sie na przyczepe szalonego jeepa do glownej drogi A Stamtad z do samej Santa Marta zawiozla nas para mlodych kolumbijczykow. Obydwoje studenci: Carlos i Lila wiec porozmawialismy o studiach i edukacji w Kolumbi oraz o pieniadzach. Kazdy zawsze jest ciekaw ile trzeba miec by podrozowac jak my. Dalismy im tez pare informacji na temat Buenos aires gdzie wybieraja sie na kolejny urlop. Tu musze przyznac ze kolumbijczycy to najbardziej podrozujacy narod Ameryki Poludniowej. Oczywiscie najwiecej podrozuja po swoim wlasnym kraju ale to zawsze jest cos. Inne poludniowoamerykansie narody poruszja sie znacznie mniej i turystyka opiera sie w duzej mierze na tuyrystach spoza kontynentu niz na loKalnych tymczasem w kolumbi turystyka kolumbijczykami stoi bardzo silnie. Mam duze zaleglosci w postach ale ze to ostatnie dni naszej podrozy nie chcialam ich marnowac na pisanie.
Info:
Nocleg: Arrecifes: hamak od 10tys bez moskitiery; 13 z moskitiera; El cabo: hamak: 20 tys; jesli ma sie wlasny: 15tys (daja moskitiere)
Wstep: 35 tys COP; znizka dla studentow ponizej 26 roku zycia
Transport: mercado Santa Marta (calle11; carrera 11) odjezdza jak sie zapelni: 5tys okolo 1 godz; od bramy mozna podjechac za 2tys lub spacer 45 min; w drodze powrotnej nalezy lapac bus w miejscu w ktorym sie wysiadlo. Jezdza dosc czesto ostatnie okolo 7-8pm
Wyzywienie: lepiej wziasc swoje, takze wode! Najtansze spagethi: 10 tys; mozna kupic male arepy z jajkiem za 3 tys; kawa 1 tys; soki od 4 tys; woda duza 5 tys; piwo male 4 tys.
















3 komentarze:

  1. Wy juz jedna noga w POlsce a ja jedna noga w Peru pozdrawiam Ariel

    OdpowiedzUsuń
  2. krakow :) i postow mam pare zaleglych. Ostatnich dni nie chcialam marnowac na pisanie.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń