poniedziałek, 23 lipca 2012

Po prosty życie...w Taganga!!

To rybacka wioska 15 minut busem z centrum Santa Marta i jak dla nas o wiele lepsze miejsce do zwiedzania bogatej i ciekawej okolicy. Tutaj zatrzymalismy sie na dluzsza chwile oddajac sie karaibskiemu lenistwu, atmosferze i powoli wsiaknelismy w tutejszy rytm zycia. Woda czysta, plaża minutę od hotelu, kolumbijskie klimaty sklepowo-kawiarniane, karaibska muzyka, europejskie imprezy klubowe, hamaczek palemka i rum... Taganga to nie jest jakies nadzwyczajne miejsce. To mieszanka leniwej rybackiej wioski, centrum urlopowego kolumbijsich turystow i backpackerskiego chilloutu ale wlasnie to nadaje jej uroku.
Jak juz pisalam w poście o Santa Marta do Taganga pojechalismy od razu z dworca po calej nocy w autobusie. Ze bylyśmy zmęczeni  zatrzymalismy sie w tanim hoteliku ale zaraz przy plaży. Pierwszy dzien napawalismy sie glownie pierwszym dotykiem karaibskiego morza i zimnym piwkiem. W hoteliku mielismy bujane fotele z widokiem na morze i jak w nie wpadlismy to tak juz na cały dzień. Dnia nastepnego przeprowadzilismy sie w rewelcyjne miejsce czyli do hostal grafitti. Max magicznie utargowal 30 tyś COP za dwojke z lazienka i klimatyzacja co jest rewelacynja  cena w tym miejscu. Zakochalismy sie w naszym lokum. W podworzu sa hamaczki, kuchnia a wlasciciele sa bardzo towarzyska kolumbijską parą. Doradzali nam gdzie pojechac, jak dojechać, gdzie snoorkować czy popływać. To miejscce stało sie nasza baza wypadowa do Minka w gory i nad wodospady, do Santa Marta ot na chwile, bo dlużej szkoda czasu i do rewelacyjnego parku Tayrona z jednymi z najpiekniejszych plaż kolumbii. W wiosce znajduje sie też wiele szkół nurkowych z naprawde rewelacyjnymi cenami. Okolo 500 tyś COP +/_ 60 tyś w zaleznosci od agencji za czterodniowy kurs Open Water. To jest nawet nieco taniej niz w Tailandii na Koh Tao. Szkoda ze to juz koniec podrozy i koniec pieniazkow WRrrrr!!! Ale bym sobie kurs nurkowy zrobila. Eh! Mozna takze snoorkowac albo z lodzi za 40 tyś COP albo z Playa Grande spacerkiem od wioski. Tylko maske trzeba wynajac za 5-7 tys i juz mozna wybrac sie na podwodne poszukiwania. Jest tu co robić. Wioska jest przeslicznie położona w zatoce wtopionej pomiędzy wzgorza i lezy nad calkiem przyjemna plaza. Jeden koniec plazy zajęty jest przez lodzie rybackie i transportowe a drugi jest miejscem czysto kąpielowym. Plaza moze nie najpiekniejsza ale jak na plaze miejską czysta. Bardzo popularną plazą o przejrzystej wodzie jest Playa Grande. Minusem tej plazy jest tlum i krzyk naganiaczy ale w koncu to typowy klimat gorących karaibów. Takze większosć turystów to Kolumbijczycy wiec tak naprawde wciaz znajdowalismy sie w centrum poludniowo- amerykańskiej kultury. Na co tu narzekać? Na plaże prowadzi malownicza scieżka przez wzgorze, zaraz za wielkim hotelem Bahia. To tylko 10 -15minut spacerkiem i choć ludzie strasza że jest niebespiecznie nie warto od drazu wpadać w panike i brać łódź za dziwne pieniądzie. Ze wzgorza rozpościera sie dodatkowo przepiękny widok na zatokę Taganga a po drodze mozna zejść do innych mniejszych i pustych plaż..

W wiosce zjawisliśmy sie szczęśliwie i jednocześnie pechowo na długi weekend. Na początku zywe o każdej poże ulice, ogrom ciekawych ludzi i sielankowy klimat kolumbijskich urlopowiczów bardzo nam pasował. Otworzono dodatkowe bary, pojawiły się nowe stoiska z ulicznym jedzeniem. Z czasem zaczęło nas to jednak meczyć i marzylismy o chwili kiedy wioska wróci do tego leniwego spokojnego życia ktorego zaznaliśmy pierwszego dnia. Przed tłumem uciekaliśmy pod koniec do Minca czy parku Tayrona. Czas nam mijal tutaj naprawde sielankowo. Z powodu rychłego wyjazdu z Poludniowej Ameryki wiszącego nam nad głowami cieszyliśmy sie kazda prosta ludzka sytuacja, nowo odkrytym jedzeniem, leżeniem w hamaku, czy spacerami po odleglejszych partiach wioski gdzie juz klimat staje sie o wiele bardziej surowy ale zarazem bardziej ciekawy. Rano chodzilismy do kawiarenki na środku głownej drogi na wyśmienita kawe mrożoną. Tutaj poznalismy szamana i jego rodzine z jakies pobliskiej wioski w dzungli. Szaman leczył bardzo brzydkie ugryzienie na nodzie pracownika kawiarni. Podczas jego wizyty obfotografowalam jego rodzine a za mała opłąta także i jego. Lud z dzungli jest badzo prosty, odziany w w prosto zszyte ze soba biale płachty i jest zupełnie nierozmowny. Reszte dnia spędzaliśmy głównie na murku przy głównym placu pomiedzy plażą a jednym z rond. Raz patrzyliśmy sie na życie na ulicy i placu a czasem zmienialiśmy strone i patrzylismy na morze ot prosta przyjemność. Chłoneliśmy sobie ten karaibski klimacik i po co chcieć wiecej. Wieczory opanowywuja kluby z nowoczesna muzyka, sklepy nocne z tanim piwem i dilerzy narkotyków. Cóż atrakcyjne ceny kolumbijskich rarytasow przyciagaja rzesze narkotykowych turystów. Po za ciekawskimi experymentujacymi backpackerami po ulicach plata sie troche juz bardziej zagubionych w uzależnieniu dusz.Wciaż jednak możnabyło znależc na plaży spokojne miejsce na konteplacje fal.
Jedzenie w Taganga jest bardzo urozmaicone. Poczynajac od wypasionych turystycznych restauracji z cudami morza i ziemi, na tanich plackach pod jakimś domkiem z dala od plaży kończac. Nasze ulubione było oczywiście to tansze uliczne żareło ale nie odmówiliśmy sobie także rybki na plaży. Najciekawsze rarytasy znajdywaliśmy nieco dalej od plazy gdzie co jakiś czas jakaś gospodyni wystawiała na podwórko stoisko i serwowała domowe specjły. Można było znależc tanie szaszłyki, nadziewane tuńczykiem placki ziemniaczane, nadziewane bananowe kule, empenady. Odkryliśmy także miejsce z tania zupa”zrób to sam” To typowe kolumbijskie danie. Otoż: zupa mięsna z dużym kawałkiem mięcha podana z ryżem na osobnym talezu. Jedni przerzucaja miecho na ryż, popijajac zupą lub polewajac ryż niczym sosem. Inni wrzyucaja cały ryż do zupy lub nabieraja zupy na łyzke z ryżem. Danie wielkie i syte. Jedna z sytuacji, która wybiła nas z naszego leniwego taganskiego zycia było świętowanie ukonczenia kursu nurkowego przez naszych znajomych poznanych w Salento. Ni z tego ni z owego siedzieliśmy na plaży z butelką szampanai satka lodu. Miły wieczor. Spotkalismy tu także innych znajomych z poprzednich miast. Dużo z nich udalo sie bardziej glebiej na wschód do Palomino i jeszcze dalej ale myśmy uz nie mieli czasu i nie chcieliśmy drobic jeden dzien tu jeden dzien tam a rwoleliśmy kontemplowac nasze ostatnie dni podrożowania w jednym przyjemnym miejscu.
Dziwnie teraz pisać o Taganga, kiedy juz jesteśmy w Polsce. Brakuje mi tego calego południowo-amerykanskiego klimatu, nawet tego nie zawsze najlepszego jedzenia czy słabiutkiego piwa ale pitego w tych wspaniałych miejscach. Eh coż...Pozdrawiamy z Krakowa! Nastepne relacje pojawia sie wkrótce jesli tylko znajde czas pomiedzy tyloma spotkaniami 
Info:
Nocleg: hostel Grafiti na poczatku miasta; 30 tyś przyjemna dwójka z łazienka i wiatrakiem; mysmy utargowali za tyle z klimatyzacja; hostele zaczynaja się od 15 tyś nieco dalej od plaży
Transport: co chwila busy do Santa Marta: 1200 COP; na dworzec ok godziny; do centrum 15 min; na mercado (carrera11, calle 11) skad mozna złapać busy do Minca czy parku Tayrona 10-15 min. O dokładny kierunek pytać kierowcy.
Wyżywienie: srednia cena za obiad dnia w knajpie 7-8 tyś; czasem coś w uliczkach z dala od plaży za 5 tyś; arepy z serem na ulicy głownej 1500 COP; rózne placki i nadziewane kule ziemniaczane od 1000-1500 COP. Piwo w sklepie male od 1400 COP;
WODA: polecam wode w 5 litrowych torbach. Tylko 800 COP! Lub 2 tys droższe firmy. Butelka 1,5 litra: ok 2 tys!!! 

 
 


 W drodze na Playa Grande:

 Playa Grande:
Wszedobylskie panie sprzedajace Tinto, czyli kawe czarna z termosikow




1 komentarz: