poniedziałek, 14 maja 2012

Amazońska dżungla i polowanie na kajmany

Nadszedł czas na wyprawę w dżunglę. Wybraliśmy firmę która okazała się niegodna polecenia. Chociaż wycieczkę mieliśmy pełną przygód i niesamowitych zwrotów akcji, spodziewaliśmy się czegoś innego. Nasz przewodnik był z wioski nieopodal campu i starał się jak mógł zagospodarować nam czas mimo tego minimum z czym zostawiła nas agencja. Po śniadaniu w naucie wypłynęliśmy lodżią na Amazonkę poobserwować różowe i szare delfiny. Udało nam się zaobserwować nawet parę rodzin ale nie było szans złapać je na zdjęciach. Dalej zagłębiliśmy się w jedna z drobnych rzek gdzie rozpoczęła się selva pierwotna. Camp okazał się prawie kompletnie zalany.
Jedynie kuchnia, sala wspólna i łazienka, które wybudowane były wysoko na palach były suche. Nie było prądu ani bieżącej wody. Wokół tylko pierwotna dżungla i mnóstwo
zwierząt. W sumie nie było źle: zawieszono nam hamaczki dla relaksu, i łóżka przygotowano czyste z moskitierami. Atmosfera ot dzikiego campu, tylko obiecano nam co innego. Nie mieliśmy nawet jak naładować baterii do aparatów. Kłamców nie lubię. Później coraz więcej rzeczy się nie zgadzało także. Firmę zgłosiliśmy do iPeru jako niegodna zaufania. Poza tym bawiliśmy się wyśmienicie. Wokół samego campu mogliśmy podziwiać liczne amazońskie ptaki, małpki, pająki i owady. Było tu więcej zwierząt niż widzieliśmy w parkach Borneo. Dano nam także proste wędki i kawałki kurczaka do połowu piranii. Ciężko przy takiej ilości wody coś złowić ale Max i nasz przewodnik mieli niesamowite szczęście choć tylko do małych piranijek. Po lunchu zapuściliśmy się małym chybotliwym kajaczkiem pomiędzy zalane drzewa. Był z nami także bardzo pozytywny Chilijczyk. W okolicy nie było żadnego suchego terenu. Tylko dżungla i około 5 metrów wody pod nami. Wznieśliśmy się na poziom koron drzew przez które musieliśmy się ostro przedzierać. Nasz przewodnik Jesus wydawał z siebie rożne dziwne dźwięki i kierował nasza łódkę w stronę odpowiedzi. Zaobserwowaliśmy około czterech rodzajów małp w tym najmniejsza małpkę na świecie która wygląda na drzewie jak chomiczek. Jest słodziutka ale zwierzęta tak szybkie ze nie udało nam się nic wartego pokazania uchwycić na zdjęciu. Podobnie z ptakami. Za to przewodnik dostarczył nam emocji bliskiego spotkania z kajmanami. Okazało się ze musimy złapać coś na obiad.  W tym celu dopłynęliśmy do lagun obfitujących w te zwierzynę i czekaliśmy na zachód słońca bo po ciemności najlepsze polowanie. Zaczęło akurat padać ale ze inaczej obiadu na dzień następny nie będzie czekaliśmy ociekając woda. Jak prawdziwi myśliwi w dżungli :) Lalo jak z cebra, dżungla krzyczała i robiło się coraz ciemniej. W końcu zaczęliśmy się przemieszczać bardzo powoli w poszukiwaniu czerwonego odblasku gadzich oczu. Wszystko w około zaczęło się zmieniać. Pływające rośliny i drzewa wyglądały w ciemnościach zupełnie inaczej. Nawet odgłosy dżungli zmieniły się nieco a kiedy przestało padać dżungla rozświetliła się setkami świetlików. Jesus próbował łapać kajmany gołymi rekami. Nieduże, tak około metra. Jednak nic nie udało nam się złapać oprócz jednego malucha które wypuściliśmy do wody. Wróciliśmy na kolację i po posiłku wybraliśmy się jeszcze raz. Tym razem poruszaliśmy się jeszcze ciszej a czasem nawet bez latarki. W pewnym momencie Jesus przykucnął na dziobie łódeczki, wyciągnął z lodzi dzidę i po krótkim przymierzeniu się wycelował. Złapał całkiem przyzwoity okaz, ale dzidy się nie spodziewałam. 
Ble. Krążyliśmy jeszcze przez pewien czas miedzy drzewami w poszukiwaniu nocnych zwierząt. Złapaliśmy także jeszcze parę kajmanów ale większość tylko dla zdjęć. Po powrocie przegadaliśmy trochę czasu z przewodnikami przy piwie które jeszcze w Naucie zapakowaliśmy do przenośnej lodóweczki. Niewiele mówią po angielski ale to tylko lepiej dla nas-więcej praktyki :). Po śniadaniu wypłynęliśmy lodka na kolejne poszukiwania. Widzieliśmy papugi i znów małpki oraz niesamowicie leniwe acz przekochane leniwce (ang: sloth) Jednego Jesus zaoferował się przynieść. Nie byłam za męczeniem zwierzaka ale chłopaki dla fotografii chętnie. Przewodnik zaczął wspinać się na drzewo jakby był małpką. Wlazł na ponad 5 metrów. Zwierzaka zniósł chwile później. Co za leniwiec!
Jeden ruch ręką zajmuje mu prawie minute i dobrze bo jego wielkie pazury mogły by być bardzo niebezpieczne. Po paru zdjęciach oddal miska na drzewo. Później wpłynęliśmy pomiędzy drzewa na połów piranii. Znów nic poza małymi okazami które poszły na przynętę ale Maxowi udało się podnieść z wody całkiem duży okaz tylko rybka się wyśmigała z haczyka. Chilijczyk za to wspinał się jak szalony po lianach. Później zażyczyliśmy sobie tarantule i nasz przewodnik szukał ich nigdzie indziej jak w naszym campie. Udało mu się znaleźć jedno gniazdo. Po południu popłynęliśmy w kierunku pewnej wioski. Tam zjedliśmy obiad i poszliśmy na zwiedzanie okolicy. Chilijczyk wrócił do Iquitos i zostaliśmy sami z Jesusem. Tego i następnego dnia odbyliśmy parę spacerów i wypłynęliśmy także małym kajakiem na sama wielka Amazonkę gdzie wokół nas skakały delfiny . Udało nam się całą rzekę przepłynąć może nie wzdłuż ale wszerz J Wybraliśmy się także na nocny spacer podczas którego udało nam się znaleźć węża. To nie anakonda ale zawsze coś. Odwiedziliśmy także parę wiosek i z ostatniej powróciliśmy spacerem do nauty. Wszędzie ludzie byli przemili i ciekawscy. W jednej z wiosek nocowaliśmy u jednej rodziny w typowym domku. Cala rodzina patrzyła jak jemy i słuchała naszego kiepskiego hiszpańskiego. Przed kolacja wstąpiliśmy jeszcze do lokalnego baru, który znaleźliśmy tylko dzięki jednemu z mieszkańców bo to chata ot taka jak inne. W środku poczęstowano nas lokalna specjalnością czyli kania. To dość mocne wino (18%) o całkiem przyjemnym smaku. Chyba z trzciny cukrowej. Tak nas pochłonęła rozmowa ze straciliśmy poczucie czasu. Poznaliśmy tu lokalnego człowieka pracującego przy projekcie badan nad malaria i innymi chorobami tropikalnymi. Dowiedzieliśmy się wiele o medycynie naturalnej, szamanizmie i ogólnie o służbie zdrowia. Według naszego człowieka ziółka biorą tu gorę nad medycyna konwencjonalna ale to oczywiście zależny od cen, dostępności i rodzaju choroby. W wioskach każdy chciał być uwieczniony na fotografii. Niektórzy byli nawet zazdrośni ze ich nie poprosiłam. Jedne dziewczynki spytały ile zdjęcia kosztują. Eh. Nie mam polaroida-pech a komputer najbliższy w Iquitos. Szkoda mi się dzieciaków zrobiło. Ostatniego dnia już w drodze powrotnej do Nauty natrafiliśmy w jednej wiosce na festyn z okazji dnia matki. Kiedy zjawiliśmy się na miejscu występów wszystkie oczy skierowały się w naszym kierunku i chwile później zostaliśmy poproszeni na scenę by zatańczyć dla wioski. Zawstydzona grzecznie jednak odmówiłam. Na tych terenach turyści pojawiają się bardzo rzadko. Na koniec przygód zupełnie przypadkowo usłyszeliśmy rozmowę dwóch tragarzy. Jak zdziwieni byli ze zrozumieliśmy co mówią a rozmowa była dość ciekawa. Dotyczyła transportu kokainy z pobliskiego laboratorium. Popytaliśmy jeszcze trochę i ku naszemu zdziwieniu jeden z nich wskazał nam ścieżkę na której końcu podobno jest produkcja. Dowiedzieliśmy się także ze jedna z odwiedzanych przez nas wiosek pracuje przy produkcji jak i transporcie. Pytając o zarobki usłyszeliśmy ze to tajemnica. Z Nauty do Iquitos powróciliśmy wrakiem samochodu wraz z dziesiątkami pisklaków które panie dostały na dzień matki. Następnego dnia z samego rana mieliśmy samolot do Limy. Polecam tanie linie Peruvian Airlines 95$ wraz z prostym posiłkiem. W limie zostaliśmy tylko pół dnia, który spędziliśmy w naszym byłym hoteliku HQ villa. Nie było problemu nawet skorzystać z wifi. Wybraliśmy się także na wyśmienitą kawę i nietanie ale najlepsze w świecie hamburgery sieciówki Bombos - polecam. W wielkiej bułce prawdziwe mięcho nie jakaś mielonka. Autobus do Huaraz mieliśmy o 8pm z firmy Z-bus za 35Soli. Rewelacyjny. Chyba nówka. W Huaraz byliśmy o 5 rano. Brakować nam będzie Selvy bo ludzi jak tam nie spotkaliśmy nigdzie indziej w Peru. Także mało turystyczny klimat odpowiada nam bardziej niż popularny szlak gringo. Nawet czas spędzony w zakurzonych wioskach bez prądu i wody daleko od cywilizacji sprawiał nam wiele radości z powodu kontaktu z ludźmi, kultura i natura. Teraz przed nami trekingi w Cordillera Blanca, później CHiclayo z okolicą, zapomniany w dżungli Kuelap i dalej do Ekwadoru :)



 Wioska:


 Polowanie

 leniwiec




 gniazdo termicie (gora)










 latryna

nasz transport

6 komentarzy:

  1. No,no podziwiam coraz bardziej i życzę szczęścia w dalszej podróży.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje:) mam nadzieje ze dostarczymy nowych ciekawych opisow

      Usuń
  2. Zdjęcia kapitalne. Bałabym się tych węży, pająków .......brr. Co było do jedzenia z tego kajmana? Czy piranie też się je? Podziwiam. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak dla mnie kajman to skora i kosci ale Max cos tam wyszukal. Piranie sie je, ale nie zlapalismy wystarczajaco duzego okazu. Pozdrawiam :)

      Usuń
  3. Napiszcie proszę coś praktycznego: gdzie, co jak i za ile. Start z Iquitos? Tam załatwiałyście wszystkie formalności?

    OdpowiedzUsuń
  4. Wyprawe w dzungle mozna zalatwic z Iquitos od reki. w okolicy agencji do bolu ale warto sprawdzic iPEru (informacje) maja wykaz agencji zaufanych (nieco drozszych). Biorac pod uwage nasze doswiadczenia moze warto. Z drugiej strony te drozsze agencje maja campy 4ro gwiadkowe i wszystko wyglada jak na szkolnym obozie niz wyprawie w dzungle. Dlatego sama nie wiem czy nie mielismy w sumie szczescia. W zaleznosci co lubisz mozesz wybrac bobyt w campie lub przeprawe [rzez dzungle. Wez pod uwage ze jesli chcesz zobaczyc naprawde gleboka dzungle i zapomniane przez swiat wioski musisz poswiecic na to wiecej niz 2-3 dni a minimum 4. Okolice Iquitos to tylko farmy. Mysmy nie byli bardzo gleboko. Ogolnie cena wypraw zaczyna sie od 40-50$/dzien all inclusive (bez drinkowania) Slyszalam ze taniej i latwiej mozna zorganizowac wyprawe z Yarimaguas.

    OdpowiedzUsuń