poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Dżungla, szamani i ayahuasca - ucieczka ze szlaku gringo

W tym poście trochę o magii, szamanach, życiu w wioskach, portach i dżungli. Pomimo powodzi w Iquitos postanowiliśmy ruszyć ostro na północ w selwę (dżunglę) w poszukiwaniu szamana i odpoczynku od zgiełku szlaku gringo. Przeżyliśmy lawiny błotne, głód i niemiłosierne upały. Pokonaliśmy dziesiątki kilometrów łodzią, na piechotę i w mototaxi. Odwiedziliśmy kilka wiosek, trochę przesympatycznych rodzin, przepytaliśmy ludzi co nie miara i udało się! Znaleźliśmy szamana, a raczej wybraliśmy z pośród dziesiątek. Poza tym relaksowaliśmy się w hamaku, poznawaliśmy tutejsze zioła i obserwowaliśmy zwierzaki podczas podróży lądowych i wodnych. Przygoda za przygodą, a wszystko w najbardziej przyjaznej i gościnnej atmosferze w Peru
Już na samym początku ucieczki ze szlaku gringo zaczęliśmy poznawać nowe Peru. To mniej turystyczne. Zupełnie nie turystyczne - zupełnie bez białych. W poszukiwaniu dworca z busami do Pucallpy zagłębiliśmy się daleko w Av. 28 de Julio aż za plac Manco Kapac, gdzie moja torebka przykuwała już uwagę przynajmniej co piątego Peruwiańczyka. Torebka mało ciekawa - ot taka prosta, nieco przetarta w kolorze khaki, a takie zainteresowanie. Mimo wielu ostrzeżeń o niebezpiecznej okolicy do agencji jakoś dotarliśmy, zakupiliśmy bilety i szczęśliwie powróciliśmy do hostelu. Tak szczerze mówiąc to nie wiem wokół czego tyle strachu. Dzielnica jak dzielnica i maja dobre i tanie żarcie. W busie mieliśmy spędzić godzin 16, a tymczasem los płatał nam figla jednego za drugim. Pierwszy postój z powodu lawiny błotnej mieliśmy już o północy. Puszyliśmy dopiero po 8 rano. Cóż do przeżycia, zdarza się. Mamy jeszcze osiem godzin jazdy, jabłka i trochę ciastek. Uśmiechy nam znikły kiedy po półgodzinie jazdy natrafiliśmy na kolejną lawinę w dodatku w zupełnym pustkowiu. Czekamy czekamy. Prowiant się skończył i żołądki zaczęły się zwijać z głodu. Po paru godzinach jakieś panie przedarły się przez błoto z suchymi bułkami i każdy łapał co dawali w dodatku za grube pieniądze. Towarzystwo w busie zaczęło się niecierpliwić, zwłaszcza jak inne busy zaczęły powoli przedostawać się przez masy błota i krzewów, a nasz kierowca to ... no cóż, nie przytoczę jak go w busie okrzyknęli. Hihi. W końcu jednak pod naporem tłumu zmiękł, przejechał i nic biednemu autku się nie stało. Oklaski trwały jednak tylko chwilkę bo parę zakrętów dalej była kolejna lawina (!!!!!) i tutaj stanęliśmy już na dobre. Po pewnym czasie nikt chyba już nie pamiętał dlaczego tu jesteśmy i po co. Grupki obżerały się to tu to tam jedzeniem z pobliskiej gospody, gdzieś tłum podziwiał występ dwóch komików. Sprzedawcy sprzedawali co mieli akurat w samochodzie. Ot działo się.  Na koniec stoczyliśmy wielką walkę z kierowcami o nasze bagaże,  gdyż wszystkich pasażerów przeniesiono do innych mniejszych autobusów, a bagaże miały być do odebrania w agencji. Na szczęście udało się je zabrać z nami. Do miasta dojechaliśmy późną nocą po 31 godzinach od opuszczenia Limy. Uff! Przemiły taksówkarz znalazł dla nas hotelik całkiem luksusowy. Za 35Soli dostaliśmy wypasiony pokój z wiatrakiem, kablówką i łazienką. Za 50 można już mieć hotel trzygwiazdkowy. W Limie czy Cusco nie do pomyślenia. Pucallpa nocą wydawała się mało przyjemnym miejscem. Tak jakby się wszyscy na nas gapili. Zakupiliśmy sobie piwko na zmęczone jazdą głowy i zakończyliśmy ten dłuuuugi dzień. Rano miasto zawyrczało tysiącem mototaxi. Max zaczął krzyczeć, że Tajlandia. Zaniedbane budynki, dziesiątki reklam przysłoniętych ciężkim okablowaniem, stragany, straganiki i setki mototaksi tak przypominające kolorowe tuktuki. W dodatku powróciły typowe tropikalne drzewa i nieznośny upal, wilgotność i duchota. Po dotychczasowych chłodach aż ciężko się przystosować. Ogólnie w tym brudnym zatłoczonym i głośnym miasteczku nie ma nic. Pucallpa to port dla lodzi płynących w stronę iquitos i dalej na Amazonkę. Ale dla nas to także ciekawe miejsce jakiego jeszcze w Peru i chyba w Południowej Ameryce nie widzieliśmy. Zagłębiając się w portowe baraki,  nadrzeczne dzielnice z domkami na palach czy przemierzając zakurzone, drobne, gruntowe drogi odkrywamy świat, który nas naprawdę interesuje i cieszy. Tutejsi ludzie okazali się niesamowicie otwarci, ciekawscy, przemili i zawsze chętni pomoc. Oczywiście o angielskim tu można zapomnieć, ale to żaden problem. Postanowiliśmy dowiedzieć się nieco więcej o sytuacji powodziowej w Iquitos, dlatego po informacje z pierwszej reki powędrowaliśmy do portu. Portów jest tu wiele. Doki ciągną się i ciągną. Gdy usłyszeliśmy że woda opadła, zaczęliśmy intensywnie szukać barki, która nas tam zabierze, ale w ciągu paru następnych dni, gdyż chcemy trochę okolicę pozwiedzać. W końcu w celu ogarnięcia wszystkiego wzięliśmy mototaxi. Każda barka w innym porcie. Ktoś proponuje tą,  ktoś mówi o innej. Przechodziliśmy przez błotniste nabrzeża, chwiejące się kładki nad głęboką wodą i pod wielkimi pakunkami dźwiganymi prze ciężkie maszyny. Ogólnie wleźliśmy w ten cały portowy zgiełk. Każdą łódź można oglądnąć a ludzie są bardzo mili i wszystko, oczywiście tylko po hiszpańsku wytłumaczą. Dla nas to już żaden problem. Tylko często informacje są mało rzeczowe - raz kajuta jest później jej nie ma, a jak chcemy zarezerwować to nie wiadomo czy się da... ogólnie kosmos. Dla lepszych informacji dodatkowo zajechaliśmy do Capitaniery. Czyli dowództwa portu. I tak w górę i w dół. To jedziemy do Henryka 4 a się okazuje ze potrzebujemy 9-tego, jedziemy do portu „x” a łódź popłynęła do portu „y”....przez cały czas wibrowanie tuktuka zapewniało wysoka jakość masażu pośladków. W końcu przysiedliśmy na piwko w pierwszym lepszym portowym barze-Uff!. Zaraz obok znalazł się Henryk 9 wraz z wolna kajuta. Odpływa w Sobotę wiec mamy czas by pojechać na pobliskie jezioro albo zwiedzić tutejsze małe zoo.

Puerto Callao nad jeziorem Yarimacocha:

Yarimacocha okazało się leniwym małym portem, rewelacyjnym miejscem na relaks. Ktoś może się ze mną nie zgodzić gdyż to kolejna zapyziała, brudna, niby nieciekawa wioseczka ale mnie to nie przeszkadza. Mnie tu się podoba. Ludzie tu są rewelacyjni, rozmowni a tanie piwko w portowym barze smakuje wyśmienicie w ten upal. Klimacik jest i to jeszcze jaki! Szamanowy! :P Ludzie przyjeżdżają tu a zwłaszcza do okolicznych wiosek plemienia Shipibo w celu leczenia dieta z ziół dżungli i dla ceremonii Ayahuasca. Prawie każdy zagadany miejscowy próbował a większość ceremonii poddaje się regularnie w celu poprawy kondycji psychicznej jak i fizycznej. Prawie każdy mówi tu o magii, mocy roślin dżungli, dietach i otwieraniu wrót do zrozumienia świata Okolica tak samo jak Iquitos słynie z turystyki medycznej albo jak kto woli shamano-turystyki. Turyści, którzy w dużej części pozostają medytując tu od miesiąca do nawet czterech, są lekko mówiąc nieco zakręceni Poza tym życie toczy się tu zupełnie normalnie a po białych pokolonialnych turystycznych miastach klimat dżungli mi bardzo pasuje. Może jest nieco bardziej turystycznie niż w Pucallpie ale i tak trudno powiedzieć ze turystycznie. To znaczy liczba napotkanych turystów wzrosła z zera do czterech a i tak większość zamyka się w ecolouge’ach w dżungli według mnie bez kontaktu z prawdziwa natura. Mieszkają sobie tam nieświadomi prawdziwego życia ciesząc się tym co im podadzą organizatorzy. Ble! Tydzień all inclusive kosztuje od 600$!! Zatrzymaliśmy się w bardzo przyjemnym hospedaje Delfinos prowadzonym przez rewelacyjna rodzinkę Tu poznaliśmy zakręconą dziewczynę z Niemiec pod koniec jej 3go miesiąca terapii ayahuasca. Dowiedzieliśmy się nieco o kuracji i tutejszych szamanach. Poznała nas ze swoim peruwiańskim chłopakiem Sytuacja: „jedziemy do jego dziewczyny której dziadek jest szamanem a później do jego zony na kolacje, bo oni zawsze maja dużo zon i dziewczyn” rozbawiła nas do bólu.Mając przed sobą parę dni do startu naszej lodzi spędzaliśmy czas na błogim lenistwie. W małym porcie zawsze jest tłum i coś się dzieje a na końcu po prawej są restauracje z całkiem przyzwoitym peruwiańskim żarciem i piwkiem za 4 Sole. Znajdując ofertę godzinnej podroży łodzią przez jezioro i pobliski kanał za 15 S/2os postanowiliśmy się wybrać Wzięliśmy sobie piwko do lodki i odpoczywaliśmy od upału w przyjemnej bryzie. Miguel pokazał nam ptaki, małpki i typowe dla amazonki drzewa. Nazw lokalnych nie przytoczę Później leniliśmy się dalej na nabrzeżu, co chwila do nas ktoś podchodził i zagadywał. To panie Shipibo z  pamiątkami, później grono panów oferujących wycieczki.Poczestowano nas także dziwna fasolowata rośliną z której się je ten biały środek pomiędzy nasionem a łupiną. Słodkie i całkiem dobre a na koniecczagadaliśmyysięę z Danielem na temat ayahuasca iżycieenabrałoo tempa. Zainteresował nas shamanami z plemienia Shipibo. Mówił, ze ich ayahuasca czystsza niż w Iquitos bez domieszek innych roślin i ze tu jest taniej i o wiele przyjemniej a do wiosek dostać się łatwo Nie jest to pierwsza osoba która tak mówi Podobne opinie są w internecie. Może jednak zostać tu dłużej Postanowiliśmy sprawdzić te wioski i zapakowaliśmy się w łódkę do San Francisco.
Po godzinie zawitaliśmy do malej przystani. W wiosce nie ma nic poza prostymi drewnianymi budyneczkami krytymi strzechą. Popytaliśmy trochę i chwile później pani z jednego z domów wraz z gromadka dzieciaków poprowadziła nas do kolejnej wioski oddalonej o jakieś 20 minut spacerem. Tam rozmawialiśmy z Dawidem który prowadzi ceremonie wraz ze swoim dziadkiem Juanem. Podobno to jeden z najbardziej doświadczonych i najstarszych szamanów w okolicy. Chwile porozmawialiśmy a ze człowiek nam się spodobał, umówiliśmy się na dzień następny Coz Iquitos poczeka. Wróciliśmy na chwile do Pucalpy dowiedzieć się kiedy kolejna łódź i odwołać rezerwacje. Na statku nikt jednak o naszej rezerwacji nie miał pojęcia Coz tak to się nam opłacało być miłym W Santa Clara Dawid przygotował nam materac z moskitiera w domku ceremonialnym. Jednak przed spoczynkiem udaliśmy się do San Francisco gdzie czekał na nas poznany po drodze podróżnik Z Krzysztofem z Australii o korzeniach polskich zjedliśmy wspólnie kolacje i wypiliśmy piwko. Fajnie było pogadać znów po polsku. Tak się zagadaliśmy ze nas noc zastała a do Santa Clara droga nie jest oświetlona i musieliśmy się jakoś odnaleźć po ciemku. Następny dzień spędziliśmy na relaksowaniu się, medytacji, kąpielach aromatycznych i ogólnie przygotowywaniu się do spotkania z kosmosem. Dłuższą chwile spędziliśmy na przystani obserwując toczące się wokół nas życie Dzieciaki skakały wokoło bawiąc się beztrosko ale gdy przyjeżdżał pakunek nawet najmniejsze coś chwytało za jakąś drobna zapłatę Zagadaliśmy się także na temat tutejszego życia z Rocher’em oraz jego siostra. Opowiedzieli nam jak dla szamana jest ważna dieta i rośliny z dżungli z których szaman czerpie cala swoja moc. Pytaliśmy także o szkoły i możliwości pracy. Coz nie jest tutaj najlepiej. Średni dzienny zarobek mototaksówkarza to 30-40 Soli a kapitana łódeczki także Zarobek redukuje w dużej mierze bardzo drogie paliwo. Az 12 Soli za Galon.Opowiedzieli nam także o parze antropologów Polaków, którzy gdzieś w głębi dżungli badają bardziej odizolowane plemiona. Głównym tematem podobno jest okultyzm i szamani. Po rozmowie zaproponowali, ze ugotują nam obiad bo tu w wiosce inaczej jedzenie ciężko dostać. Czasem ktoś coś ugotuje a czasem trzeba chodzić i pytać.
Zakupilismny produkty i rodzeństwo ugościło nas w domu rodziców Przyjemnie było się pohuśtać się w hamaku w przewiewnym domku. Upal był nie do zniesienia. Po posiłku powróciliśmy do Dawida i kontynuując relaksacje czekaliśmy na nocna ceremonie. Wszystko zaczęło się bardzo spokojna rozmowa. Juan mówi tylko w języku Shipido wiec słabo się z nim mogliśmy porozumieć ale Dawid wytłumaczył nam cala sprawę po hiszpańsku Obiecali kontrolować śpiewem wizje i kontakt z kosmosem oraz pomoc w poszukiwaniu odpowiedzi na nasze pytania, poczym zaczęli śpiewać do butelek z brudno brązowym płynem w celu uproszenia kontaktu. Ayahuasca smakowała jak rozpuszczalnik. W życiu nie piłam nic ohydniejszego. Później działy się dziwne rzeczy...jednak to zatrzymam dla siebie. A po za tym: Wszystko zaczęło się przez typowe dla tej ceremonii wymioty brane za znak oczyszczenia. Z drugiej strony trudno nie wymiotować po tym trunku. Dawid i Juan z pomruków przeszli w śpiew pełnym głosem Każdy w swoim rytmie i melodii. Dodatkowo wokół wtórowały odgłosy dżungli.
Brat Dawida był tam także nieco podsypiając. Juan chyba nakazał mu słuchać bo zaczął śpiewać w jego kierunku. Na koniec szaman dmuchał mu w głowę i pozwolił w końcu wyjść Chłopak chyba nie wiele sobie z tego robił bo wychodząc odetchnął z ulga. Dawid w tym czasie koncentrował się na nas. Całośćzajęła parę godzin. Zmęczeni w końcu położyliśmy się spać ale Shipido kontynuowali jeszcze długo Głowa pękała jakby ktoś w niej wiercił ale nie był to ból a raczej natłok myśli. Słyszeliśmy to śpiewy, podmuchiwaniu albo ciężkie oddechy. Można powiedzieć ze niezłe odlecieli. Co myśleć o ayahuasce nazywanej najwspanialszym lekiem na świecie? Hmmm. Trudno mi mieć jakieś zdanie gdyż nie jestem aż takim znawca tematu a pytań jest tu wiele. Niektórzy uważają to tylko za silnie halucynogenny narkotyk a cala shamano-turystyke za szaleństwo spragnionych odlotu narkomanów albo nawiedzonych poszukiwaczy astralnych uniesień Z drugiej strony mamy cala kulturę wielu pokoleń plemion z całej amazonki i magie o której nie mamy pojęcia oraz rzesze ludzi, którym ceremonie odmieniły życie. Jeśli ktoś jest ciekaw w internecie można znaleźć wiele informacji poczynając od strony medycznej na doświadczeniach i obrazach z wizji kończąc Rano pożegnaliśmy się z naszymi terapeutami. Ostatni raz przemierzywszy ścieżkę miedzy Santa Clara a San Francisco na której zawsze spotykaliśmy życzliwych ludzi i słyszeliśmy mile Buenos Dias. I może to ceremonia a może po prostu rewelacyjny klimat panujący w tej okolicy ale pomimo dwóch dni bez wody do mycia i spania na śmierdzącym kocu czuliśmy się bardzo przyjemnie i lekko. Łódź złapaliśmy szybciutko i po odebraniu bagaży z hotelu oraz ostatnim śniadaniu w przyjemnej Yarinie pojechaliśmy do Pucallpy. Czy i jak dotrzemy do Iquitos będzie później Wciąż nie możemy dogadać się z panami na łodzi. Raz kabina jest później nie ma. Raz wypływają tego dnia a raz tamtego. Chcą napiwek za rezerwacje kabiny albo zapłatę z góry a jak chce rozmawiać z kapitanem to mi się zabrania. Ogólnie zaczyna mnie to średnio pociągać; zwłaszcza, ze zdania wracający z Iquitos są hmmm rożne.. Zobaczymy.
Info
Transport: Lima-Pucallpa: busy Transmar na ul 28 de Julio; 50 Soli 20h lub 70Soli 16h z wyżywieniem Pucczanka-Yarina(puerto Callao): colectivos 1,50 Sola; mototaxi:5 Soli/2os; 15min Yarina-San Francisco: łódź z biało-czerwona bandera: 3 sole,1h; odpływa jak się zapełni do około 5pmPucallpa-Iquitos: któraś z łodzi odpływa prawie każdego dnia; trzeba sprawdzać rożne porty. Sala wspólna:100Soli plus 25 S hamak; cabina: 350S/2os; obie opcje z wyżywieniem Czas: 3-5dni
Noclegi: (bez cieplej wody ale tu jest strasznie gorąco): Pucallpa-h. Dubaj, av. Libertad, dosc luksusowo:35 S/2os.(inne duzo taniej ale nam sie tu podobalo) Yarina- h. Delfino, 15/2os z prywatna łazienką, za te cenę rewelacja! San Francisco: jest hostel 20/os a także tanio można spać w prywatnych domach.
Ceremonia ayahuasca: od co łaska wzwyż w zależności od „zestawu terapeutycznego” najczęściej za 100-150Soli wraz z noclegiem i czasem podstawowym wyżywieniem
Wycieczki z Yariny: po jeziorze 1 godzina od 15 Soli za łódź na której zmieści się nawet 8 osób Tylko ciężko spotkać kogokolwiek. W domku portowej agencji ciężko się targować, za to nieco na uboczu można złapać ładną okazje.Jednodniowa wycieczka w dżunglę z prywatnym przewodnikiem: około 80Soli; min 2 osoby; do znalezienia także w porcie
Wyżywienie: Pucallpa: stoiska uliczne, market i liczne kurczakownie: ziemniaczki nadziewane:1Sol; zupa od 1,50; kawałek kurczaka w zestawie od 4 Soli. Yarina: liczne restauracyjki lokalne z menu dnia od 4 Soli, piwo 4-5 Soli lokalnie lub od 6 w restauracji turystycznej. Jeśli ktoś potrzebuje znajdują się na końcu portu głęboko w prawo lub na plaza de armas ale jest znacznie drożej San Francisko: warto wziąć prowiant, na miejscu parę biednych sklepików i jedno stoisko z nadziewanymi kulami ryżowymi Czasem pani z pierwszego domu po lewej coś upichci. Inaczej trzeba prosić po prywatnych domach. Cena posiłku średnio 4 Sole. Piwo 5S

Pucallpa



 Yarinacocha i wyprawa lodka









 San Francisco i Santa Clara:






 W goscinie:
 Jedzenie z kurami:

2 komentarze:

  1. Dawid z Santa Clara nie zyje, zmarl dwa tygodnie temu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeciez to Byl mlody czlowiek!... ....

    OdpowiedzUsuń