poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Inka jungle: przez błoto i deszcz do Machu Picchu

Czterodniowa wyprawa na Machu Picchu zamieniła się w niemałe zmagania z dżunglą, deszczem, błotem, zablokowanymi drogami, mokrymi ubraniami, butami i zimnymi prysznicami. Nie ma jednak przygody jeśli wszystko idzie za łatwo. Także nie ma satysfakcji jeśli na drodze do celu nie pojawią się przeszkody, które trzeba pokonać. Cieszę się, że postanowiłam w ten sposób dostać się do Machu Picchu gdyż po trzech dniach zmagań z przeciwnościami losu nie ma lepszej nagrody niż piękna pogoda nad jednymi z najwspanialszych ruin świata.
Ekipę mieliśmy wyśmienitą, więc także atmosfera pomimo trudów była super. Z samego rana odebrano nas z hotelu i pojechaliśmy małym busikiem na miejsce rozpoczęcia zjazdu rowerowego. Pogoda zapowiadała się wyśmienita, ale jak tylko wjechaliśmy w wysokie góry, mgła zasnuła drogę, tak że kompletnie nie było nic widać. W pewnym momencie zaczęło padać i tylko trzymaliśmy kciuki żeby nasz zjazd zaczynał się poza chmurami. Cóż, nadzieja matką głupich. Zatrzymaliśmy się na wysokości około 4300metrow w Habra Malaga i przewodnicy zaczęli przygotowywać rowery. Chętni oczywiście mogli zostać w samochodzie ale każdy z nas chciał jednak przynajmniej spróbować. Do pokonania mamy około 2000 metrów różnicy terenu, miejscami ostro w dół po niesamowicie krętej drodze jakby wklejonej w strome zbocze. Woda nie tylko lała się z nieba ale tez uderzała w twarz spod kół. W ciągu parunastu minut moje spodnie i buty były totalnie przemoczone. Plułam deszczem, który dostawał się w moje usta wraz z piachem i ziemią. Na przystanku w punkcie widokowym z którego nic nie było widać, okazało się, że nawet goretex salomonów kolegów nie daje rady wodzie lejącej się z każdej strony, a zwłaszcza od góry buta. To już nie chodziło o ładne widoki, ale o pokonanie przeciwności losu. Na śliskiej drodze trzy osoby delikatnie się przewróciły i na szczęście bez poważniejszych obrażeń dokończyły zjazd w samochodzie. Po około godzinie przestało padać i pojawiła się sucha nawierzchnia, ale nie na długo. Nawet jeśli człowiek nieco przeschnął co jakiś czas, trzeba było pokonać przepływającą przez jezdnię rzekę. Na koniec asfalt się skończył i wszystkich pokryło błoto. Eh co to była za jazda. Mimo mokrych butów i pokrytych błotem ubrań każdy miał dobry humor i oczywiście satysfakcję. Gdy dojechaliśmy do Santa Maria na lunch okazało się, że pogoda nikogo nie oszczędziła i przed restauracją suszyła się sterta sportowych butów i skarpet. Chętni po południu pojechali na rafting, a myśmy rozgadali się w lokalnym barze z parą ze Stanów, która podróżuje już od około roku. Wymienialiśmy się podróżniczymi przygodami. Około 8 rano następnego dnia opuściliśmy nieciekawe miasteczko i zagłębiliśmy się w w wilgotną po nocnym deszczu dżunglę. To był najciekawszy spacer po lesie tropikalnym podczas dotychczasowej podróży pod względem roślinności. Z powodu ulew i obsunięć terenu wędrowaliśmy nowymi jeszcze dobrze nieprzetartymi szlakami przez pola koki i dzikie pola kawy zagubione gdzieś w cieniu palmowych lasów. Nasz przewodnik pokazał nam roślinę, której używano do malowania skóry na słynny czerwony kolor. Prawie wszyscy dali się pomalować. Ot taka frajda dla turystów. Próbowaliśmy nowych owoców, których nazwy trudno zapamiętać oraz wiele dobrze już znanych. Po drodze obżeraliśmy się pomarańczami, marakują i innymi smakołykami prosto z drzewa. W około rosło mnóstwo kolorowych kwiatów, palm, drzew pieprzowych avokadowych i papai. W jednym z domów znaleźliśmy biedną małpkę maltretującą pluszaka, a w innym psa chodzącego na dwóch łapach błagając o jedzenie. Przy jednej z chat napadliśmy baniak ze świeżym sokiem z marakui. Szklanka odświeżającego trunku tylko 1 Sol. Francuż Adolfo przygrywał co jakiś czas na harmonijce ustnej, więc ogólnie było wesoło, tylko chmurzyska ciągle straszyły, aż w końcu się rozpadało. Na lunch zatrzymaliśmy się w malej rodzinnej restauracyjce w dżungli u podnóża starego inkaskiego szlaku. Pośród drzew rozwieszone były hamaki. Miejsce w sam raz na krotki relaks. Kiedy doszliśmy do drogi, parę przemoczonych osób zdecydowało złapać taksówkę. Widoki na dolinę rewelacyjne, tylko co jakiś czas zachmurzone. Po pewnym czasie została  tylko ekipa wyborowa, więc kiedy przyszedł czas zadecydować kto idzie przez błotnistą stromą ścieżkę w dół do gorących źródeł, a kto prosto drogą do miasteczka, nikt z relaksu w gorących wodach nie zrezygnował. Do pokonania droga nie byle jaka. Ślisko jak na lodowisku i to jeszcze pod kątem 45 stopni! Parę osób obło sobie lekko pupy ale dzięki pracy grupowej jakoś dotarliśmy na samo dno doliny, gdzie już sam widok dodał nam sił. To były najlepsze gorące źródła w jakich byłam. Temperatura wody idealna, w około powalające ściany malowniczej doliny i baseny nie jak małe sadzawki, ale wielkie pełnowymiarowe o głębokości około półtora metra. Dodatkowo bicze wodne, małe straganiki z piwkiem i żarełkiem, a wstęp tylko 5 Soli. Po tak ciężkim prawie ośmiogodzinnym trekkingu to była rewelacja! Po chwili już nie czułam zmęczenia i na kolację przybyliśmy odświeżeni i pełni sił. Do Santa Teresa dostaliśmy się już busikiem, bo po ciemku przez dżunglę już ciężko chodzić. Guesthouse całkiem przyjemny, ale ciepła woda okazała się być tylko przez chwilę. Dobrze że byliśmy w gorących źródłach. Miasteczko jest bardzo turystyczne i przewodnik nazywa je małym Aquas Calentes. Aż dziw bierze że w takiej wiosce może być tyle restauracji, barów i nawet dyskoteka. Francuz Adolfo świętował tego dnia urodziny i mimo pobudki na następny dzień o 7 impreza trwała do prawie drugiej w nocy. Nawet po trekkingu wszyscy skakali i tańczyli jak szaleni. Trzeciego dnia każdy miał do wyboru marsz do Hydroelektrika lub wycieczkę na zjazdy na linach busem z dojazdem na lunch płatne ekstra 90 Soles. Rano padało jednak tak strasznie że śniadanie parokrotnie przesunięto aż na dziewiątą i część pojechała busem prosto na miejsce lunchu a część na szalone zjazdy. Pogoda zrobiła się na szczęście na tamtą chwilę wyśmienita. Zjeżdżałam już w Tajlandii, ale tutaj to jest dopiero szaleństwo! Linie łączą dwa zbocza doliny ponad 200 metrów nad ziemią! Pomaszerowaliśmy około 20 minut na szczyt gdzie zaczynała się pierwsza lina. Widoki w około powalające. Na lunch dotarliśmy około drugiej. Ekipa która na nas czekała spędziła poranek przy kartach. W hydroelektrika ogólnie nie ma nic. To stacja przesiadkowa jednej z najtańszych dróg jakimi się można dostać do Aquas Calentes. Busy z Cusco dojeżdżają tu za około 50 Soli w jedna stronę. Dalej jest jeszcze niecałe 3 godziny marszu lub za 18 $ można wsiąść w pociąg. Takie straszne ceny wynikają z faktu że właścicielem linii jest angielski Orient Expres i cóż zrobić. Nikt z naszej grupy wyborowej pociągiem nie pojechał i dzielnie pomaszerowaliśmy wzdłuż torów. Oczywiście zaczęło padać i to nie byle jak: oberwanie chmury! Szczęścia nie mamy. Co jakiś czas zza chmur wyłaniał się szpiczasty szczyt Huainapicchu. Jednak z powodu ulewy nawet nie wyciągałam aparatu. Jednak co za radość, satysfakcja i ulga kiedy doszliśmy do małej stacyjki już tylko paręnaście minut od AC. Nasi przewodnicy witali nas okrzykami, a Adolfo przygrywał na harmonijce każdej nowej osobie pod dachem przystanku. Samo Aquas Calentes jest całkiem przyjemnym choć nieciekawym 100% turystycznym miasteczkiem pełnym świateł, restauracji i drogich hoteli. Ceny tutaj są dużo wyższe niż w Cusko. Wszyscy czekaliśmy na gorący prysznic, a tu się okazało, że w mieście problem z rurami i cieplej ani zimnej wody nie było. Eh. Łatwo być nie może. Za to kolacja była wyśmienita. W nagrodę za te ciężkie trzy dni zaprowadzono nas do rewelacyjnej restauracji, gdzie każdy mógł wybrać co chciał na dwa dania, a nie z góry ustalone menu. Mniam! Pstrągi w sosie czosnkowym, nadziewane avokado, sałatka z kurczaka, tutejsze schabowe. Pyszności! Tego dnia każdy poszedł spać zaraz po kolacji, bo zaczynamy wspinać się na Machu Picchu o 4:30! Chętni zapłacić 9$ za busa mogą wstać później. Wszyscy zaciskaliśmy kciuki błagając o dobrą pogodę.
Info:
Drogi dostania się do AC i Machu Picchu w poście: http://www.ourownadventure.com/2012/04/cusco-w-szponach-sepow.html 
AC: Drogo!! Woda mała 2 Sole, duża 7 S; Menu dnia w „taniej” restauracji gdzieś w małej uliczce lub wzdłuż torów w gorę miasteczka od 8 -13 Soli (Cusco 4-5 S) Pizza średnia od 15 Soli; Kanapka 10 Soli
Noclegi: mnóstwo od 20 Soli; naganiacze wyczekują przy drodze do miasta z Hidroelektrika i na stacji kolejowej.  


Wioska w okolicach rowerowego zjazdu
 Wielkie suszenie po deszczowym zjeździe:
 W okolicach Santa Maria:


 NA szlaku w ciągu paru słonecznych chwil:
 
Poletko koki:
 Takie drogi:
 Dzikie indory:
 Idziemy dalej:
 Krzewy kawy (po lewej) w bananowym lesie;
 Widok ze szlaku Inków:


 Oto czym się zajmują przewodnicy na trasie:
 Kwiecista dżungla:



 Taaakie drogi i taakie strumyczki:

 Relaks w źródłach termalnych koło Santa Teresa:
 Zjazdy na linach:
 Ta kropeczka na tle chmur to człowiek:
 
Dalej do Hidroelektrika:

 Ta ciemna góra to Huaynapicchu, tuż tuż celu:
 

2 komentarze: