sobota, 10 marca 2012

Więc o co chodzi z tym Sucre (2)


Sucre to idealne miejsce by zostać na dłużej, nie tylko by odpocząć ale spędzać ciekawie czas pomiędzy wycieczkami w okolicę, obżarstwem i szalonymi zakupami na trzech marketach, lekcjami hiszpańskiego, salsy oraz by odbyć tak obecnie modny - wolontariat w sierocińcu. Jest naprawdę co robić. Samo miasto jest dość ciekawe i przyjemne choć w godzinach porannych i wieczornych strasznie tłoczne. Żyje się tutaj według typowego południowoamerykańskiego zegarka czyli ze sjestą od około 12 do 15 gdy prawie wszytko jest zamknięte i ulice pustoszeją.
Centrum to białe kolonialnej architektury kamienice i kościoły do tego mamy parę prześlicznych placyków z palmami i parków. Widok spod muzeum Recoleta - rewelacyjny. Tysiące agencji pracuje nad zapewnieniem turyście ciekawego pobytu wyprzedzając się w co nowszych pomysłach na szalony dzień. Mamy do wyboru tysiące tras na rowery górskie, jeszcze większy wybór trekkingów od jednodniowych do parodniowych, wycieczek 4x4, paralotnie, off road na motocyklach, pobyt w malutkich wioskach gdzieś w głuszy - wszystko czego dusza zapragnie. A w okolicy znajduje się olbrzymi krater wulkanu, malownicze wzgórza, kolorowe wioski, drobne ruiny, największy zbiór odcisków stóp dinozaurów, ludowo-turystyczne markety, ludowe tkaczki itp. – szaleństwo! Gdyby jeszcze człowiek miał na to wszystko pieniądze. Trekkingi zaczynają się od 200 Bol na dobę, rowery: 150/5-7h a o indywidualnych możliwościach dotarcia do tych miejsc nikt nie chce poinformować wystarczająco rzetelnie.
Nad kursem hiszpańskiego zastanawiałam się dość długo i w sumie już już miałam się zapisać ale doszłam do wniosku że jestem na wakacjach i piwo jest tańsze a nasza ekipa z baru Bibliocafe to wspaniali nauczyciele. Oni prawie nic po angielsku, a rozmowa idzie nam super przez cały wieczór. Poznaliśmy tu fajnych ludzi i litr piwa tylko 24B tzn. taniej w porównaniu do innych pubów. Po powrocie zawsze sprawdzam w słowniku słówka których mi brakowało w konwersacji i nauka idzie do przodu jak nigdy. Poznaliśmy tu miedzy innymi nauczycielkę angielskiego ze Stanów - Megi oraz magika sztuczek drobnych z Argentyny który jest także muzykiem i malarzem itp Drugim naszym codziennym miejscem nauki jest małe stoisko na placu Olaneta z wyśmienitymi burgerami, piwkiem  i innymi lokalnymi daniami. Pani serwuje nam tu nasze ulubione jajoburgery i dba o naszą edukację każdego dnia ucząc czegoś nowego. Jest przekochana, a Maxowi zawsze napakuje full do burgera aż się wylewa. Dość stała ekipa która tu przychodzi wieczorem to starsi ale przesympatyczni ludzie. Jajoburgery, rum z cola w puszce (8%), czarnobiały kiepski telewizorek, lokalne pogaduchy i jest klimacik. Oczywiście lekcje w szkole tez pewnie są świetne. Godzina kosztuje od 30B za grupę min 2 os (np Fox akademy) lub od 40B za naukę jeden na jeden. Do tego szkoły oferują za darmo lub za drobną opłatą lekcje salsy, gotowanie, wspólną grę w piłkę i inne.
A zapomniałam o najważniejszym heh. Zatrzymaliśmy się w przyjemnym hoteliku Torrino na Ravelo zaraz przy markecie. 80/pokój 2 os. z czystą łazienką w korytarzu. Super lokalizacja!. Chcieliśmy się zatrzymać w hostelu ze względów oczywiście towarzyskich i Wifi! Ale jedyne dwa hostele które są warte zachodu czyli Wasi Masi i Gringo były zajęte przez najbliższe dni. Pozostałe nie wchodziły w rachubę. Były za daleko albo ogólnie czystość i zapach odrzucały. Trzymajcie się z dala od Amigo. Byliśmy tam miejsce oglądać i w sumie wraz z nami wyszło pół hostelu. Dość duża grupa przeniosła się do naszego Torino tak że zrobiło się całkiem ciekawie. Nasz hotel jest super! W Amigo okradziono parę ludzi, nikt nie sprząta, po podwórzu łażą szczury a obsługa leży nieprzytomna i ogólnie ma wszystko gdzieś. Przenieśliśmy się w końcu do Gringo którego właściciel to dziwaczny człowieczek aczkolwiek do rany przyłóż. Pochodzi z Austrii i swoja żonę – mieszkankę Sucre poznał 10 lat temu podczas swoich podróży. Po latach w Wiedniu postanowili osiąść w Ameryce Południowej.
Dni nam płyną sielsko. Poznajemy mnóstwo ludzi i staramy się uczestniczyć w lokalnych wydarzeniach. By jeszcze głębiej wejść w tutejszą społeczność po paru dniach skontaktowałam się z ludźmi z couchsurfingu i nasze życie nabrało tempa. Wiemy już w którym barze dobre wifi, gdzie najlepsze happy hours i jak i gdzie wyjechać by się w spalinach miasta cały czas nie dusić. Nasz hiszpański rozwija się w niesamowitym tempie i nabywam także typowo boliwijskich zwyczajów językowych jak zdrabnianie wszelkich rzeczowników. Więc nie proszę o siatkę a siateczkę (bolsita), piję nie piwo tylko piweczko (mimo że litrowe) i już nie reaguję ze zdziwieniem gdy ktoś na mnie woła mamita (mamusia) bo tak tu na młode kobiety się woła i już. Jak się wejdzie między wrony trzeba krakać jak i one. Więc o co chodzi z tym Sucre? heh... Cóż, w miasto i okolice po prostu można wsiąknąć. W Sucre jest wszystko by się tanio najeść, dobrze tanio wyspać, poznać ludzi, odpocząć oraz by się nie nudzić. Miasto ma wiele obliczy: tłoczne kolonialne centrum, zielone parki, pełna straganów dzielnicę z marketem Campesino i leniwą okolicę muzeum Recoleta. Są dzielnice niebezpieczne, są bary głównie dla gringo i bary dla lokalnych. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Info:
Nocleg: duży wybór hotelików na Ravelo i i San Alberto od 60/2 os. także jedynki za 40B Polecamy H. Torrino zaraz przy markecie;  Hostele 40B/os lepiej rezerwować: polecamy Wasi Masi i Gringo.
Transport: z dworca głównego do centrum można dojechać mikro za 1,50, transport po mieście: 1,50B;
Jedzonko: mercado central: danie główne: od 8B wzwyż, zupy od 4; kawa z mlekiem: 2B; piec bulek od 2B; Budka na placu Olaneta: jajoburger z frytkami:4B; pizza z pieca na ulicy: 8B
Piwo litr w barze od około 22 B
Zakupy: ul. Junin; Market central (głównie spożywcze ale nie tylko); Market Negro (odzież i obuwie); olbrzymi market w całej dzielnicy Campesino (wszystko)
Lekcje hiszpańskiego: np Akademia Fox: 30/h przy min 2 os; 40/h jeden na jeden
Wycieczki: trekkingi od 200 B/dobę; rowery od 150/5-7 h. Paralotnia: od 600 B Polecam agencję www.condortrekkers.org na ul Loa. Działa non profit i można w niej odbyć także wolontariat jako pracownik w agencji i pomoc przewodnika. Nie byliśmy na wycieczce ale zaprzyjaźniliśmy się z ekipą. Pierwszą wycieczkę się płaci później jako pomoc chodzi się za darmo. Noclegi są w wiejskich szkołach które agencja wspiera.

Tu o nas dbają jak w domu, bar na placu przy ul Olaneta:
 


Przewoźne piece idealne na pizzę, pojawiają się w centrum głównie gdzieś późnym wieczorem:
 
 Sucre uwielbia dinozaury i stawia je wszędzie. W końcu okolica słynie z największej ilości dinozaurzych odcisków.






Chciałam jednak zauważyć że boliwijskie miasta są czyste, czystsze niż w Argentynie czy Chile a te śmieci to rzadki wyjątek poza centrum. Tymczasem ludzi przeszukujących śmieci jest mnóstwo.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz