środa, 7 marca 2012

Recoleta i igranie z ogniem na markecie - Sucre (1)


Przyjechaliśmy, zobaczyliśmy i tak już zostaliśmy. Zresztą tak było w planach. Lenimy się już tutaj parę dni i wciąż odkrywamy nowe ciekawe miejsca. Oczywiście najważniejsze dla udanego odpoczynku to dobre jedzonko i miejsce na udany relaks. Pierwsze znaleźliśmy na markecie centralnym drugie na wzgórzu przy muzeum Recoleta. Milutki hotelik mamy zaraz przy markecie czyli tylko parę kroków by znaleźć się w centrum wydarzeń miasta. Market jest olbrzymi i mój ulubiony w całej podróży.
Można tu kupić prawie wszystko no poza traktorem czy koniem z zaprzęgiem jak to jest możliwe na targu w Ulan Batar. Jest mnóstwo stoisk z kosmetykami, ubraniami, biżuteria, jedzeniem dla dzieci, chemia itp a dodatkowo produkty spożywcze które zajmują większość terenu.  Na koniec cale piętro z lokalnymi restauracjami z wyśmienitym jedzeniem. Jak pierwszy raz zagłębiliśmy się w ten labirynt nie mogliśmy wyjść chyba przez parę godzin. Na każdym rogu coś dobrego. Jeszcze przy wejściu próbujemy domowej roboty jogurtów o różnych smakach, po drodze na lewo stoisko z tortami ciastami i ciasteczkami a niedaleko sekcji z owocami stoiska gdzie można dostać świeżo wyciśnięte owocowe soki, koktajle i inne owocowe smakołyki. Sałatka owocowa w jogurcie z musli i bitą śmietaną jest rewelacyjna! Nie oszczędzamy naszych żołądków i próbujemy wszystkiego czego nie powinno się według przewodników jeść w podróży. Kremy, budynie, już obrane owoce, zupy, mięsa, sałatki...wszystko! A co tam. Odpukać, jeszcze żadne z nas na żołądek ani na inne partie przewodu pokarmowego nie chorowało. Jedzeniu nie można się oprzeć. Na koniec kawka na 3 piętrze z widokiem na cale to przedstawienie. Market jest tłoczny, głośny, kolorowy i według mnie o wiele czystszy niż wszelkie markety Azji. Cały czas coś się dzieje. Zagadujemy to tu to tam pytając o nazwy dań czy zastosowanie przeróżnych mieszanek przypraw i sals. Tak także ćwiczymy nasz hiszpański a ludzie są strasznie chętni do pomocy. Po grzesznym obżarstwie spacer pod gorę w celu zrzucenia nabytych kalorii i po parunastu minutach znajdujemy się na placu otoczonym z jednej strony arkadami z niesamowitym widokiem na miasto. Jest spokojnie i można tu uciec od spalin zatłoczonego centrum. Po placu szaleje grupka dzieciaków, obok panie plotkują przy robótkach. Jest rewelacyjnie. Czas nam w Sucre płynie sielsko i czego nam więcej trzeba. 
Ceny:
kawa z mlekiem: 2B, Milaneza (schabowe!!) z frytkami, ryżem i surówką: 8-10B, zupy: 4-10(jeśli z dużym kawałkiem mięcha), sałatka owocowa w jogurcie: 6-8B; soki i koktajle: 3-10B; Koktajle piwne z jakiem itp: od 5B





 Salsy wszelkiego rodzaju:
 Mieska:
 Owocki (połowy nie znam):
 Pijalnia soków i koktajli piwnych: mniam!!
 Koncercik:
 Jogurtownia:
Ciastkownia:

4 komentarze:

  1. Rozumiem, że robisz Camino de la Muerte na rowerze! ;) Pozdro z zimnego Dublina od Adventure Hunters! Jacek&Marcin

    OdpowiedzUsuń
  2. No cóż żołądek też chce popróbować smaki świata.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przykro mi Jacku i Marcinie ale hmm z powodu pory deszczowej camino de la muerte jest jeszcze bardziej muerte a ja mam przed soba w planach jeszcze pare miesiecy podrozy :)Usciski z Sucre.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oswiadczam ze po prawie dwoch tygodniach zerowania na powyzszym markecie ani ja ani Max nie pochorowalismy sie

    OdpowiedzUsuń