sobota, 4 lutego 2012

Zjazd na pupie z wulkanu Villarica

W sumie wcale nie miałam zamiaru się wspinać, ale tak każdego dnia patrzyłam na ten ośnieżony dymiący szczyt, że nie wytrzymałam. Po festiwalu jazzowym i kilku godzinach snu zbieramy się o 4:30 rano by skompletować sprzęt. Jest nas piątka plus dwoje przewodników. Dostaliśmy cały ekwipunek na wspinaczkę: kurtkę; spodnie, stuptuty,  latarkę, czekan, raki, rękawiczek pary dwie, kask i jeśli ktoś nie ma - buty także może dostać. Wchodzenie zaczęliśmy o 5.30, a po półtorej godziny i przerwie śniadaniowo-zdjeciowej zaczęliśmy wchodzić po śniegu. Do pokonania w całości jest 1400 metrów różnicy wysokości.
W nocy z bliska dym nad kraterem przybiera czerwonawy kolor. Niebo jest niesamowicie rozgwieżdżone. Przyodzialiśmy cały potrzebny ekwipunek i dokładnie o 10 byliśmy na szczycie. Widoki po drodze wspaniałe, choć trochę przychmurzone. Wszystkie chmury na szczęście daleko pod nami. Wspinaliśmy się po stoku północnym i wschód schował się za stokiem, ale i tak było pięknie. Oprócz nas wspinały się o tej porze tylko 2 grupy więc nie było tłoku. Większość zaczyna po 6 albo 7. Na szczycie wiało nieprzeciętnie i od czasu do czasu siarkowy dym dławił boleśnie, ale co to po kopalni siarki na Jawie? - pestka. Lawy nie można już zobaczyć jak to było możliwe 2-3 lata temu, bo teraz jest położona głębiej, ale za to możemy usłyszeć jej pochlupywania. Wulkan tętni życiem. W końcu to jeden z najbardziej czynnych wulkanów na świecie. Zejście to już sama przyjemność. Wyciągamy z plecaków kolejny bardzo ważny ekwipunek który dźwigaliśmy pod górę: pupo-ochraniacz (taki gruby materiał z zaczepami) i plastikowe jabłuszko do zjazdów!! Hihi. W pełni uzbrojeni weszliśmy w pierwszy wyrobiony tor bo tylko w takich możemy tu jeździć. REWELACJA! Tor czasem robi się głęboki i powyginany jak typowy tor saneczkowy, więc suniemy w dół zbierając zakręty po bocznych ścianach toru. REWELACJA! Dlatego wzięłam spodnie i kurtkę agencji a nie swoją - można tu się nieźle poobcierać. Za hamulec służy nam czekan wbijany w podłoże. Nie ma to jak zjazd z 2847 metrowego ośnieżonego wulkanu z pięknymi widokami przed sobą. Po drodze mijamy liczne grupy turystów. Dobrze że my nie wspinamy się w tym tłumie. Na dole wszyscy dochodzimy do wniosku, że dla zjazdu chętnie jeszcze raz pójdziemy te 4 i pół godziny pod gorę :). Poniżej granicy śniegu zejście też było wesołe. Wulkaniczny piasek idealnie amortyzuje kroki więc skakaliśmy jak szaleni. Tego dnia w planach jeszcze festiwal piwa! Cała wycieczka wraz ze sprzętem kosztowała mnie 33 tys. CLP wraz z całym sprzętem. To najtaniej co udało mi się znaleźć z dodatkową zniżką dzięki Get south free guidebook. Można ją dostać w biurach informacji turystycznej i zawiera wiele promocji na noclegi i wycieczki w Argentynie i Chile. Spotkaliśmy dwie osoby które wspięły się prywatnie z lokalnymi przyjaciolmi bez zgody CONAF płacąc tylko za transport. Jest to nielegalne, ale widać możliwe. Prywatna wspinaczka powyzej granicy lodowca powinna byc uzgodniona z biurem CONAF za okazaniem potrzebnego do wspinaczki po sniegu sprzetu. Na miejscu ciezko co kolwiek wynajac w agencjach bez jednoczesnego wynajecia przewodnika.

 










 Profesjonalny ekwipunek zjazdowy:
Na te właśnie gorę się wspięłam:

3 komentarze:

  1. Wspaniała wyprawa. Widoki super. No i zabawa wspaniała. Macie namiastkę zimy jaka u nas jest.
    Pozdrowienia z Polski!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bosko!!! super ze bawicie sie wysmienicie. Sciskam mocno, mocno /a

    OdpowiedzUsuń