piątek, 17 lutego 2012

Salta i Cachi - w poszukiwaniu diabła

Różnice miedzy tą częścią Argentyny a resztą widać od pierwszego rzutu okiem. W końcu to wygląda jak Ameryka Południowa. W końcu jakaś kultura.  Ludzie są ciemniejsi o urodzie typowo indiańskiej  i ceny lecą na łeb na szyję (empenada 1.50!!) Podoba nam się. Tylko waga spasionego argentyńskiego społeczeństwa się jednak nie zmieniła. Na dodatek lądujemy w tej krainie na początku karnawału i jak tradycja tutejsza głosi diabeł wolno sobie krąży po świecie przez czas karnawału i wszystkie występki można na niego zrzucić.
Wszystkie chwyty dozwolone! Tak że i my za nasze poczynania nie odpowiadamy. Ani za to co robimy ani za to co piszemy. Wszystko wina szatana! Kiedy zaczyna się karnawał - to w sumie nikt nie wie. Niby 18tego niby 20tego w sumie każde miasteczko, pub, ulica przyczynia się do lekkiego falstartu i dzięki temu Zabawę mamy non stop :) Salta jest ot niby takim zwykłym miasteczkiem o kolorowej niskiej zabudowie z domieszka kolonializmu ale atmosfera jest tutaj już zupełnie inna niz w miejscach odwiedzanych do tej pory. Pojawiło się więcej stoisk z ulicznym jedzeniem i lokalnych knajpek a wszystko otwiera się głownie wieczorem kiedy ulice na wpół martwego miasta zapełniają się tłumami.
Wszędzie można poczuć południowoamerykańskie lenistwo. Eh. Maniana! Zatrzymaliśmy się w Backpacker Suite za cale 50peso ze śniadaniem i obiadokolacją! Jeszcze dostaliśmy znów obszerny pokój z dwoma łóżkami-przechodni bo przechodni ale zawsze więcej przestrzeni niż w ciasnym dormie. Na placu głównym znajduje się chluba miasteczka czyli muzeum archeologiczne które według mnie jest trochę za drogie. Powinni mieć 3 mumie wykopane z pewnego wulkanu a pokazują tylko jedna. Na szczęście z karta ISIC płacę tylko 10 Peso i za tyle warto wstąpić. W środku poza opisem rytuału składania dzieci w ofierze (mumie) znajduje się ciekawy zbiór tkanin i rytualnych laleczek. Diabeł podszeptuje nam ciągle za uchem i decydujemy się wziąć wycieczkę do szeroko polecanego miasteczka Cachi za 150 Peso. Dojazd samemu kosztuje w obie strony rozklekotanym przepełnionym busem około 120 peso a po drodze są takie widoki ze hej wiec warto mieć możliwość zatrzymania się. Dodatkowo wsłuchiwaliśmy się w historie o tym terenie i zamieszkujących go
ludziach. Naprawdę warto przynajmniej poczytać o burzliwej historii północnej Argentyny żeby zrozumieć tutejsze zwyczaje i codzienne życie. Samo miasteczko jest chyba trochę przereklamowane ale gruntowa droga wspinająca się na ponad 3000 metrów nad poziom morza po krętych serpentynach -rewelacyjna. Przejechaliśmy przez park Narodowy Los Cardones z tysiącem kaktusów. Podziwialiśmy przestrzeń wokół starej inkaskiej drogi Tin Tin oraz kondory nad dolina. Naszej przewodniczce usta się nie zamykały. Słuchaliśmy wielu historii miedzy innymi o Pachamamie i o stosach kamieni ustawianych ku jej czci (podobnie jak w Mongolii!). W busie unosił się zapach liści koki, krążyła w kolo z rak do rak ciepła mate i wsłuchiwaliśmy się w ludowe pieśni. Kto powiedział ze zorganizowane wycieczki nie mogą być wesołe. Wieczorem mieliśmy już możliwość zakosztowania odrobiny karnawału. W końcu po wielu tygodniach przyrządzania samemu posiłków możemy także usiąść w uroczej restauracji na głównym placu. 40 peso za dużą pizzę z litrem piwa - w sam raz na nas dwoje :)

Cachi i droga do:



 

 Salta:




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz