poniedziałek, 9 stycznia 2012

Punta Arenas, pingwinowa stolica poludniowej Patagonii i nie tylko

Droga z Ushuai do Punta Arenas to 14 godzin autobusem. Zero pustych miejsc. Większość to turyści, w tym dwie na granicy i tu przyznaję się bez bicia, że na tej ze granicy, argentyńsko-chilijskiej, zostałam zanotowana i że założono mi kartotekę. A za co? Trzy mandarynki. Aż trzy!...




Okazało się, że nie tylko nie można wwozić do Chile warzyw i mięsa ale i owoców. Tak więc na te owoce mam kupę papierów, bo tutejsi celnicy są skrupulatni, a - jak się dowiedziałam - tę pierwszą wpadkę wybaczono mi, bo musiałabym wyskoczyć z 200 dolców, więc luuuz. Pośmiałam się z celnikami i na koniec podaliśmy sobie ręce. Adios!

Punta Arenas... Niby takie śnięte miasteczko. Niby tylko ok, ale to pozory. Dlaczego?
Bo znowu poszczęściło mi się z hostelem. Przez net znalazłam Hospendaje Independencia. Prowadzony jest przez Eduardo. Ten facet to chodząca instytucja. Sam ogarnia hostel, pranie, sprzątanie, przygotowuje wypasione śniadania, doradzi która agencja turystyczna ma najtańszą wycieczkę na Isla Magdalena (Turismo Comapa, 25 tys CLP). Polecam ta miejscówkę - super!!!
Bo fajnie przespacerować się wzdłuż nabrzeża
:




Albo pokręcić się przy głównym placu:


Albo w małych uliczkach:


Bo bardzo sympatycznie spędziłam wieczór z poznaną w autobusie polsko-angielską parą,

Dorota i Gavin. Pozdro i dzięki!
Z Gene i jej bratem oraz z kumplami Eduarda poszłam na chilijską dyskotekę, pierwszy raz w życiu tańczyłam marengę czy salsę do czwartej rano. Klub La Barra...
Jest GIT!!! A na deser rejs na wyspę Magdalene. Pingwiny są niesamowite! Tylko metr albo i mniej od mnie.






1 komentarz:

  1. Mandarynki mogły być najdroższe na świecie, ale pingwiny super, no i salsa, powodzenia:):):)MAM

    OdpowiedzUsuń