Ushuaia, Przylądek Horn, Antarktyda - istny koniec świata. Bardzo się cieszę, że TU jestem. To niesamowite. Ponad 4,5 godziny w samolocie i zmieniłam miejski klimat BA na... znacznie chłodniejszy, bardziej wietrzny w Ushuai. Na lotnisku zgadałam się z dziewczyną z Hiszpanii i wzięłyśmy taxi do miasteczka (to tylko około 5 km), za całe 33 peso na pół.
Wcześniej zaklepałam nocleg w hostelu Patagonia Pais, i to był strzał w 10. Świetne miejsce, przytulne, prowadzą je sympatyczni ludzie: Ramon, Malena i Miriam. Aaaa i jest tanie jak na argentyńską część Patagonii: 70 peso ze śniadaniem. Mnóstwo ludzi przyjechało, w dormie mam męską ekipę z Czech, dziewczyny z Izraela, USA.
Jak jest w Ushuai? Jest zimno i wieje, jest widno. O 21 jakoś tak dziwnie, nie spodziewałam się tego. To coś jak białe noce. Jest turystycznie ale spoko, jest drogo ale - no cóż - backpakerskie podróżowanie czasami kosztuje trooochę więcej. I podoba mi się. Tak - podoba się, bo jest klimat, bo jestem w miejscu które chodziło mi po głowie od dłuższego czasu. :-)
Kolejnego dnia wybrałam się do Muzeum Maritimo (70 peso), "osadzonego" w byłym więzieniu, które zakończyło swoją działalność w 1962 roku. Polecam to miejsce, można zobaczyć wystawę poświęconą odkryciom na tym obszarze, na Antarktydzie - nie zapomnieli o Polakach: Arctowski :-)
o życiu w Ushuai,
a także można poczytać o historii więzienia oraz poczuć chłód celi. ;-)
A potem spacer wzdłuż wybrzeża,
i na zakończenie własnoręcznie ugotowana kolacja z argentyńskim winem ;-)

















0 komentarze:
Prześlij komentarz