poniedziałek, 30 stycznia 2012

Święto ziemniaka!!! wioskowa fiesta

Powiedziano nam że na Chiloe festiwale są co chwila, a jak nie ma festiwalu to się świętuje że święta nie ma. Sprawdziliśmy to: PRAWDA. Podczas naszego pobytu co chwila informowano nas o jakimś festynie jak nie w tym to w następnym mieście. Wybraliśmy jeden, bo akurat po drodze na malutkiej wyspie Quinchao gdzie i tak chcieliśmy pojechać. Po drodze zwiedziliśmy Dalcahue. Kolejne kolorowe portowe miasteczko, które dodatkowo szczyci się największym targiem lokalnych wyrobów na wyspie. Czyli sweterki sweterki sweterki...

Niesamowicie zielona wyspa Chiloe i kolorowe Castro

W Puerto Monnt zaraz po opuszczeniu łodzi pojechaliśmy do Ancud, ale tylko na parę godzin bo tyle tu zupełnie wystarcza i jeszcze przed wieczorem dojechaliśmy do Castro tak jak nam Kevin z Lonely Planet poradził. Tyle że my to robimy w wersji z transportem publicznym a on doradzał samochód. Był plan by wynająć samochód z poznanymi Kanadyjczykami, ale wszystkie wypożyczalnie w Ancud miały auta wolne od dnia następnego a nam się nie chciało tracić czasu.

Santiago de Chile, me gusta!!!!!

Santiago, po prostu podoba mi się, tak ooo, ma to COŚ!! Przyjechałam nocnym autobusem z Pucon,10 godzin z pochrapującą starszą panią po lewicy, uffff. Hostel Footsteps ma świetną lokalizację, kilka minut pieszo od stacji metra Baquedano, a 15 min.od dworca Sur, właśnie metrem. Bilet w soboty, niedziele i święta kosztuje 560 clp i jeździ od 8 do 22:30, a tak 640, 6- 23:30. Check in jest w sumie od 14, ale Michael z recepcji stwierdził że to żaden problem wstawić plecaki do przechowalni, wziąć prysznic i zjeść śniadanie ;-) Super.

Chilijskie fiordy - przyroda i przygoda


Rejs statkiem przyniósł nam więcej niż oczekiwaliśmy. Nie tylko wspaniale widoki, błogie lenistwo i zwiedzanie lodowca ale i wiele nowych ciekawych znajomości i dużo wiedzy o Patagonii. Na pokładzie oprócz typowej załogi która zawsze była do naszych usług płynęło z nami trzech przyrodników. Każdego dnia mieliśmy wykłady na różne przyrodnicze tematy.  Fauna i flora Patagonii, ciekawostki o okolicznych miastach a także na temat lodowców i efektu cieplarnianego oraz co ma wulkan do wzrostu lodowca. Co chwila byliśmy informowani przez megafon o położeniu oraz o osobliwościach natury do sfotografowania czy obejrzenia.

niedziela, 29 stycznia 2012

I znowu nad jeziorami, ale pod pierwszym wulkanem ;-)

Ciąg dalszy regionu jezior tym razem po stronie chilijskiej. Z Bariloche do Pucon to 12 godzin w podróży, z przesiadką w Osorno i ponad 1,5 godziny czekania na kolejny autobus. W sumie wyszło i szybciej i trochę taniej (180 ars) niż gdybym kupiła bilet u przewoźnika na taką samą kombinację (200 ars,15 godzin). W busie do Pucon poznałam Anglika Brada który mieszka w Villarica - mała, cicha mieścina - od ponad 20 lat, a teraz wraca od syna mieszkającego w Bariloche. Sympatycznie pogadaliśmy o podróżowaniu. A w Pucon, które jest takim małym Bariloche - kurorcik ;-) zarezerwowałam Ruka Hostel trochę na uboczu w spokojnej części miasteczka, ale blisko głównej ulicy O'Higgins.

czwartek, 26 stycznia 2012

Za górami, za lasami, nad jeziorami

Bariloche jest oddalone od El Bolson tylko dwie godziny autobusem, na północ ,w tzw. Lake District. Przypomina trochę alpejski kurort - w sumie sporo emigrantów z tej części Europy osiedliło się tutaj ;-) - ale narzuca się, jest ok. Mieszkałam cztery dni w fajnym hostelu, Estacion Sur, 55 peso za łóżko w dormie z super śniadaniem, które można zjeść kiedy się chce.Właściciel Jorge jest przesympatyczny, pomocny, zawsze pyta czy todo bien? Od razu powiedział mi gdzie, co i jak, pożyczył kartę magnetyczną na komunikacje miejska co by było taniej i na koniec podwiózł na dworzec, uściskał i buon viaje, no problema jak zwykle.


poniedziałek, 23 stycznia 2012

Pożegnanie z południową Patagonią


Jak już się żegnać, to z szykiem. W Puerto Natales z powodu ogólnego zamieszania związanego z pożarem w Torres del Paine, różnych innych rezerwacji, ludzi spotkanych na drodze, wypadków życia... a w głównej mierze z powodu rzutu 100 pesową chilijską monetą... w trzech rzutach jednogłośnie: Płyniemy w rejs po chilijskich fiordach stąd do Puerto Montt!! A co tam Torres del Paine; turystycznie i tłoczno. Następnym razem albo w ogóle.

Eco, hippi, hamak... El Bolson

Tego mi było trzeba, miejsca gdzie można odpocząć od świata (ok, jest wifi, ale często nie styka :-)), bujając się w hamaku. Po prawie 30 godzinach w autobusie z El Chalten, ok baaardzo wygodnie, jeść dają i filmy puszczają, ale mimo wszystko to autobus, Agustin odebrał mnie na krzyżówce w El Bolson, krótka wycieczka starym pegout po mieście: bank, apteka, informacja turystyczna i na końcu casa w lesie blisko rzeki Quemquemtreu. La casa del Viajeros znalazłam przez net, sprawdziłam opinie na tripadvisor - same dobre, i znowu strzał w dychę.

El Chalten - górska sielanka


Głośno reklamowana stolica argentyńskiego trekkingu. I góry naprawdę warte odwiedzenia. Wioska ot taka, dość turystyczna, ale jeszcze trzymająca fason. Jakimś cudem nie wygląda na Krupówki jak El Calafate, ale ceny potrafią powalić. Nawet w supermarkecie niektóre produkty są droższe. Dobrze, że zrobiliśmy zakupy wcześniej. Hostel także zarezerwowaliśmy z tygodniowym wyprzedzeniem jako już jedyną pozostałą opcję na hostelbookersie. Cóż może akurat taka data oblegana.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Taaaakieee góry :-)

El Chalten, mała wioska położona w dolinie, maksymalnie turystyczna, dużo (nietanich) hosteli, prawie na full zabukowanych. Dobrze jest zarezerwować nocleg wcześniej. Polecam Albergue Patagonia, blisko do miejsca rozpoczęcia szlaków, za jedyne 75 peso, patagońska cena. A - no i najlepej przyjechać z własnym jedzeniem. Owszem - plecak ciężki ale portfel czuje się lepiej. Te same produkty, co w El Calafate, tu kosztują prawie dwa razy tyle. No ale nie o to biega - takie przyziemne sprawy, a chodzi o GÓRY, Cerro Torre, Fitz Roy. Po raz kolejny żuchwa w dół. Coś pięknego! Jest kilka szlaków do przejścia jako jednodniowe wyjścia 7-8 godzinne. Lago Torre z widokiem na CT, Lago los Tres - na FR, punkt widokowy Los Condores - 2 godziny. No i oczywiście pole do popisu dla wspinaczy. Jest co robić. W sumie spędziłam tu prawie cztery dni. Pogoda rewelacyjna - co podobno nieczęsto się zdarza - a poza tym spotkałam poznanych w Ushuai w Patagonia Pais Czechów i parę z Brazylii: Tatiane i Claudia. Mam zaproszenie do Sao Paulo. Kto wie? ;-)
Jakaś mała ta Argentyna. :-)

niedziela, 15 stycznia 2012

W Pingwinowie: Punta Arenas

Punta Arenas to urocze spokojne miasteczko, ale najważniejsze pingwiny!! :) Chcemy kupić wycieczkę na sławetną wyspę Magdalena, a tu się nie da! Pogoda dnia następnego miała być zła i żadna łódź nie popłynie. Ech. Szkoda. Myślimy co tu robić. Jest tańsza opcja z mniejszą ilością pingwinów na lądzie poza miastem za 15 000 CLP. Na szczęście następnego dnia właściciel zawiadomił nas, że wycieczka się odbędzie, bo pogoda się polepsza. Super!

sobota, 14 stycznia 2012

Ot taki większy kawałek lodu, zwany Perito Moreno

Po przybyciu do El Calafate, powrót do Argentyny. Od razu kupiłam bilety autobusowe do El Chalten (150 peso w obie strony), na lodowiec (100 peso też w obie strony) i na jeden z najdłuższy przejazdów jaki chyba będę miała przyjemność odbębnić do El Bolson za 668 peso, około 25 godzin. Polecam TAQSA/MARGE, dobre godziny odjazdów i przyzwoite ceny oraz kupować z wyprzedzeniem - naprawdę jest high sesone.
Mieścina maksymalnie skomercjalizowana. Poza lodowcem i zrobieniem zapasów jedzenia na El Chalten (drogo jak fix) nie ma nic innego do roboty. Hostel Glacier Pioneros jest po prostu ok i wsio, mnie zależało na cenie. Wszyscy tu wpadają na 1 lub 2 noclegi i ruszają dalej do El Chalten jak ja lub do Chile.

Tierra del Fuego - w sercu południa


Podczas naszego pobytu wyruszyliśmy także do Laguna Esmeralda, do której to trasa wiedzie przez niesamowicie malownicze tereny, mokradła i lasy. Do laguny wycieczka w obie strony trwa 3 godziny, ale można wejść jeszcze wyżej, aż do lodowca. Ta trasa zajmuje około 5 godzin. Lepiej zarezerwować sobie więcej czasu gdyż okolica jest tak prześliczna, że warto posiedzieć i podziwiać.

piątek, 13 stycznia 2012

Ushuaia - na końcu świata



Okolica zauroczyła mnie jeszcze zanim wysiadłam z samolotu. Widok z lotu ptaka na Ziemię Ognistą jest niesamowity: góry, lodowce, zielone pola i kanały łączące Ocean Spokojny z Atlantykiem. Nie wsiadłam do taksówki zanim nie porobiłam z lotniska zdjęć Ushuai otoczonej górami. Jesteśmy tylko 1000km od Antarktydy! Ile ekspedycji zaczynało tu swoja przygodę, a teraz tutaj jesteśmy także i my!!!

wtorek, 10 stycznia 2012

Torres del Paine... następnym razem

Wczoraj przyjechałam do do Puerto Natales i od razu skierowałam się do CONAF, administracji parku TdP. Dowiedziałam się, że walczą z kolejnym pożarem. Zginęło siedmiu strażaków. Otwarty jest tylko szlak od Lago Amarga do Mirador del Torres. Krótko pisząc nieciekawie. Dorzućmy koszty biletu wstępu 15 tys CLP czyli prawie 30$, dojazd w obie strony tyle samo, a nocleg minimum camp. Według mnie taka impreza na 1,5 dnia nie kalkuluje się. Podjęłam decyzję, że to miejsce odwiedzę innym razem i kupiłam bilet na autobus do El Calafate - lodowiec Perito Moreno, następnie pojadę do El Chalten i tu posiedzę trochę dłużej. Temu regionowi poświęcę czas z TdP.
Samo Puerto Natales to małe miasteczko położone nad kanałem Senoreta. Zamknięcie duuużej części parku spowodowało, że mnóstwo ludzi omija to miejsce i jedzie prosto do El Calafate lub Ushuai w zależności od tego jak podróżują. Tak więc nie za wielu turystów można spotkać na ulicach. U mnie w Casa Lili ponad połowa łóżek jest wolna. Sądzę, że ten sezon będzie bardzo chudy.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Punta Arenas, pingwinowa stolica poludniowej Patagonii i nie tylko

Droga z Ushuai do Punta Arenas to 14 godzin autobusem. Zero pustych miejsc. Większość to turyści, w tym dwie na granicy i tu przyznaję się bez bicia, że na tej ze granicy, argentyńsko-chilijskiej, zostałam zanotowana i że założono mi kartotekę. A za co? Trzy mandarynki. Aż trzy!...

piątek, 6 stycznia 2012

Buenos Aires - zaczynamy nowa przygodę!

Zmiana azjatyckich klimatów na południowoamerykańskie była dla nas niemałym szokiem. Buenos Aires na pierwszy rzut oka wydało się miastem brudnym, szarym, zimnym, niebezpiecznym i zupełnie pustym. W porównaniu do kolorowej tętniącej życiem Azji… Eh… tęskno. Przyjechaliśmy późno w nocy. Taksówkarz eskortował nas do samych drzwi mówiąc by uważać na aparaty i torebki, po czym czekał aż bezpiecznie weszliśmy do środka.

czwartek, 5 stycznia 2012

Pomiędzy Atlantykiem a Spokojnym

Wczoraj prawie cały dzień spędziłam w Narodowym Parku Tierra del Fuego.W przewodniku nie za dużo piszą o tym miejscu, na prawo jeden ocean, na lewo ten drugi. W zasadzie tak mała część jest udostępniona dla turystów, że niewiele tu szlaków i do tego krótkie. Można by powiedzieć: nieciekawie.
Hmmm... ale to nieprawda. To jeden z piękniejszych przyrodniczych zakątków jakie widziałam w tej podróży. Dostać się tu to żaden problem - kursuje sporo busów z różnych firm z przystanku na rogu Maipu i Fadul, od godziny 9, co godzinę za 85 peso w obie strony.

 A odjazdy z parku o 15, 17 i 19. 
Wstęp kosztuje 85 peso.

Przeszłam ścieżkę nr 2 wzdłuż brzegu zatoki i część nr 3 do Lago Roca, bo po południu pogoda zaczęła się psuć i trzeba było zrobić odwrót. Ale zasadniczo aura była... po prostu świetna. Trochę słońca, trochę wietrznie, szum fal... A widoki! ;-)

środa, 4 stycznia 2012

Kanał Beagle - wśród dzikich zwierząt :-)

Lwy morskie, czarne kormorany, patagońska roślinność - na wyciągnięcie ręki? Tak!
A jak to się robi? Idzie się do agencji turystycznej, płaci się 250 peso - niemało - i wskakuje na łódkę na cztery godziny. :-)
Mogę polecić biuro Tango: mała łódka - co pozwala na naprawdę bliskie podpłynięcie do zwierząt - i małe grupy około 6-8 osób. Do tego kawa, gorąca czekolada i piwko na koniec.

A było tak... było rewelacyjnie :-)

wtorek, 3 stycznia 2012

Na końcu Świata :-)

Ushuaia, Przylądek Horn, Antarktyda - istny koniec świata. Bardzo się cieszę, że TU jestem. To niesamowite. Ponad 4,5 godziny w samolocie i zmieniłam miejski klimat BA na... znacznie chłodniejszy, bardziej wietrzny w Ushuai. Na lotnisku zgadałam się z dziewczyną z Hiszpanii i wzięłyśmy taxi do miasteczka (to tylko około 5 km), za całe 33 peso na pół.

Wcześniej zaklepałam nocleg w hostelu Patagonia Pais, i to był strzał w 10. Świetne miejsce, przytulne, prowadzą je sympatyczni ludzie: Ramon, Malena i Miriam. Aaaa i jest tanie jak na argentyńską część Patagonii: 70 peso ze śniadaniem. Mnóstwo ludzi przyjechało, w dormie mam męską ekipę z Czech, dziewczyny z Izraela, USA.

niedziela, 1 stycznia 2012

BA - c.d.n. - ciąg dalszy nastąpił

Kolejne dni, kolejne ciekawe zakamarki stolicy Argentyny. Jak zwykle zwiedzam pieszo, bo w ten sposób mogę więcej zobaczyć, odkryć. ;-) Sporo mam już kilometrów w nogach. :-) No cóż, w jedną rękę przewodnik, w drugą aparat i w drogę.