niedziela, 25 grudnia 2011

PN Bako - rude sadzawki i białe klify

PN Bako - Coś wspaniałego i zupełnie nowego na pożegnanie Borneo! Inna roślinność, więcej żyjątek, piękne plaże i malownicze klify - no tego tu jeszcze nie było. Bus z centrum Kuching zawozi nas za 3,50RM nad przystań, gdzie dalej łódką dostajemy się do parku. Sama przejażdżka łódką to już nie lada atrakcja! Malutką motorówką kołyszą wysokie fale, a ta skacze po nich jak zwariowana. Nie powiem; trzymałam się mocno i porządnie zapięłam kamizelkę ratunkową.
Wokół podziwiamy porośnięte bujną roślinnością klify i schowane w zatoczkach plaże. Jeszcze przed dotarciem do siedziby parku zakochujemy się w tym miejscu. Po drodze poznajemy tutejszych lokatorów. Kraby z jedną wielką ręką, fikuśne małpki i plączące się ot tak sobie świnie. Chwilę po zakwaterowaniu spotykamy przemiłą rodzinkę z Kuala Lumpur którzy namawiają nas na wspólny spacer z wynajętym przez nich przewodnikiem. Przemiły starszy pan pokazuje nam latające Limo które śpi na drzewie zaraz koło naszego domku oraz węża w krzakach przy stołówce. Niesamowita zresztą historia... Okazuje się, że mój występ na scenie Sarawak Cultural Village przyniósł mi niemałą sławę. :P Bardzo się podobało i dlatego ta rodzinka poprosiła nas o towarzystwo. Hi hi. Myśleli, że jestem wynajętą aktorką, bo tak mi dobrze szło na scenie. Hi hi - scena to mój żywioł. Tego dnia udało nam się zrobić jeszcze treking do Plaży Kecil i pobliskiego klifu. Nie ma tutaj już drewnianych podestów jak w poprzednich parkach albo pojawiają się bardzo rzadko. Droga za to jest ciekawsza i wymaga odrobinę zwinności w przeskakiwaniu przez wijące się wszędzie po podłożu korzenie. Po dotarciu do maleńkiej plaży otoczonej skałami okazało się, że stopnie kończą się nad wodą, a dalej po skale zwisa tylko sznur z paroma węzłami. Fale dziko rozpryskują się o brzeg. Plaża daleko nie jest, ale nie wiadomo co kryje się pod wodą zwłaszcza że tutejsze morze strasznie muliste. Wysyłam więc mężczyznę pierwszego na zwiady. Super! Dość płytko więc wskakujemy! Jeszcze tylko ubrania zabezpieczyć przed małpami i plaża tylko dla nas. Po dłuższej chwili radochy i zabawy na falach uświadamiamy sobie, że słońce jest już dość nisko, a przed nami ponad godzina trekingu przez dość gęsty las - UPS! Lecieliśmy z powrotem po tych korzeniach, skałach, kałużach i chybotliwych mostkach jakby nas jakie zwierzę goniło. Birmańskie buty trekingowe za niecałe 3 dolary dają świetnie radę na każdej powierzchni. Sama frajda w akrobatycznym zaliczaniu szlaku. Po powrocie dowiadujemy się, że kąpanie jest wzbronione z powodu niebezpiecznych płaszczek i meduz i innych stworzeń - Ups!
W parku szlaki są dość dobrze oznakowane i na każdy można wejść bez przewodnika. Są tu krótkie i długie trasy. Myśmy jeszcze poszli na plażę Paku, która okazała się bardzo malowniczym miejscem oraz zrobiliśmy małą pętlę szlakiem czerwonym. To bardzo urozmaicona i ciekawa trasa. W siedzibie parku miejsce w hostelu kosztuje tylko 15RM, a w restauracji można zjeść przyzwoity posiłek za przyzwoitą kwotę - jak na Borneo to wspaniale. W drodze powrotnej udało nam się ubić cichy interes z kierowcą łódki i wziął nas za połowę ceny. I znów skoki po falach. Przed nami Święta i ostatni dzień w Kuching.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz