czwartek, 29 grudnia 2011

Kuala Lumpur - takiego zamieszania to jeszcze nie było

Miasto nadzwyczaj szalone! Po chwili człowiek zaczyna się zastanawiać czy są tu w ogóle jacyś Malezyjczycy jako tacy. Z każdej strony głównie Hindusi i Chińczycy, gdzieś tam przewinie się wycieczka z Korei i paru białych turystów. Przypomina mi to pewną zabawną sytuację którą miałam w Londynie, gdy na Liverpool Station dłuższą chwilę szukałam kogoś kto mówi po angielsku by zapytać o drogę. (hi hi)
Kuala Lumpur to niesamowicie kolorowe miasto z jednej strony i zapchane szarymi drapaczami chmur z drugiej strony. China Town i Little India przyprawia o zawrót głowy z powodu typowego dla Azji tłoku, hałasu i kolorów, a pod Petronas Tower kręci się w głowie od patrzenia w górę. Na ulicy można spotkać reprezentanta chyba każdej religii. Czego nam brakuje w KL to tylko zieleni i jakiejś ławki - czegokolwiek! Ciężko znaleźć skrawek miejsca by na chwilę uciec od tego zgiełku. Tak zwany rezerwat lasu (phi) w okolicy Kuala Lumpur Tower przyniósł ulgę tylko na chwilę. Kiedy już weszliśmy w ulicę Bintang to spokój skończył się na dobre. Wokoło rozwrzeszczane miasto, tysiąc knajp, drogich restauracji i wielkie centra handlowe. Miasto w sam raz na pożegnanie Azji. Tylko nam trochę Kuchingu brakuje. Tak to zawsze jest gdy się pozna wspaniałych ludzi.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz