czwartek, 1 grudnia 2011

Ijen - w samym sercu siarkowych czeluści

...Na samym dnie widok był jeszcze bardziej powalający. Opary siarki były tak gęste że prawie wypalały oczy. Co jakiś czas chmura przesuwała się w inną stronę odsłaniając jezioro, ściany krateru lub buchające dymem rury i krystalizującą się na nich siarkę. Nie dało się oddychać. Robotnicy doradzili by zwilżyć chustę i naprawdę było lżej ale tylko na chwilę. Siarkę czuje się w gardle, płucach. Później doszliśmy do wniosku że siarką się także pocimy... Co my tu robimy? Jak się tu znaleźliśmy? Więc od początku:
Z Bali wydostaliśmy się bardzo sprawnie. Tak samo bez kłopotu dowieziono nas spod przystani do najpopularniejszego hotelu w mieście Banyuawangi czyli Baru. Po drodze załatwiliśmy transport na następny dzień na wulkan Ijen jeepem. Samo miasto to niesamowita odmiana po turystycznej Bali. Jawa wita nas tysiącem ulicznych straganów z tanim jedzeniem i totalną nieznajomością języka angielskiego. Ludzie tylko chichoczą wokół nas ale całkiem miło i przyjemnie. Znowu jesteśmy w Azji! Wszystko szło łatwo. Tylko do czasu. Hotel Baru ma pokoje od 40-100tys nawet nie wzięliśmy najtańszego a był to chyba najgorszy nocleg. Tej ilości robactwa i głównie karaluchów nie widziałam przez całą podróż. A to tylko początek. Następny dzień przyniósł więcej przygód. Do kopalni siarki pojechaliśmy oczywiście z samego rana. Jak parę lat temu oglądałam relację z Jawy i tego właśnie wulkanu obiecałam sobie że się tam wybiorę. Już już niedaleko. Na górze i po drodze jest chłodno więc radzę wziąć coś ciepłego. Na szczyt jest niecała godzina wchodzenia. Pierwszy rzut oka na krater i rozczarowanie, bo wszystko przykrywa chmura. Nie mija parę minut i wiatr przepędza siarkowe opary by odsłonić przed nami cudowny widok na dno i piękne wulkaniczne jezioro. Opatulamy się apaszkami i chustami i schodzimy na dół. Zajęło nam to może pół godziny. Droga pokryta luźnymi kamieniami, dość stroma i do tego co jakiś czas wiatr przywiewał gryzący siarkowy dym.Wiele osób rezygnowało i zawracało z drogi w dół. Na wąskiej ścieżce było dodatkowo dość ciasno i tłoczno. Co chwila zatrzymywaliśmy się uciekając gdzieś w bok by przepuścić dźwigających ponad 70-kilowe kosze robotników. Dostają za to tylko 50tys. Czyli około 5,5$ za niesienie 70 kilo przez 4km w gryzącym pyle. Na samym dnie widok był jeszcze bardziej powalający. Opary siarki były tak gęste że prawie wypalały oczy. Co jakiś czas chmura przesuwała się w inną stronę odsłaniając jezioro, ściany krateru lub buchające dymem rury i krystalizującą się na nich siarkę. Nie dało się oddychać. Robotnicy doradzili by zwilżyć chustę i naprawdę było lżej ale tylko na chwilę. Pod górę znów około pól godziny. Z każdym krokiem oddycha się coraz ciężej. Siarkę czuje się w gardle, płucach. Później nawet doszllismy do wniosku ze siarka tez się pocimy. To było niesamowite przeżycie warte tego trudu!!! W drodze powrotnej kierowca pokazał nam jeszcze drzewka cynamonowe i ich pachnąca korę po czym wysadził nas przy biurze swojej firmy a miał nas zawieźć na dworzec. Mówił ze mamy stąd bus za 150 pod Bromo albo za 100 do Probolingo. My odpowiadamy ze nie rezerwowaliśmy żadnego busa w tej firmie i chcemy na dworzec. On jednak nie wiele umiał po angielsku. Dosłownie parę przydatnych mu zwrotów. I jeszcze nam rzucił cenę większą niż uzgadnialiśmy z jego szefem. Miało być 400tys za jeepa a on chciał od samej naszej dwójki 400tys Para Czechow która była z nami zapłaciła już dnia poprzedniego 400tys z góry bo im powiedziano ze będą sami jechać. Tez byli wscekli ale poszli bo spieszyło im się na prom a tu nie można się było z nikim porozumieć. My sobie jednak nie pozwolimy na takie historie i mówimy ze chcemy rozmawiać z szefem albo zostawiamy 200tys i maja nas na dworzec zawieść inaczej odejmiemy za transport. W ciągu 2 minut zjawiło się 3 kolegów kierowcy i policjant Później doszło jeszcze parę osób. Nikt jednak z nami nie chciał rozmawiać poza tym ze mamy zapłacić 400 za transport i kolejne po 100/os za autobus do Probolingo z tej agencji. Żadnych wyjaśnień, Kiedy się odzywamy odpowiadają ze nie rozumieją.
W iec czekamy ze niby szef Leo się zjawi. Z tego co się zorientowałam po okolicznych stragan szukając zimnej wody (o ciężko) to nie pierwsza taka sytuacja w tym biurze. Przy każdym straganie ktoś pokazywał Leo money... Leo money. Cóż, radze nie korzysta z usług tego pana. Na koniec zjawił się jeszcze młody chłopak z którym się w końcu można było porozumieć i ni stad ni zowąd on się z nami zgodził. Zawieziono nas na dworzec a za jeepa zapłaciliśmy po 100tys. Nam się w końcu udało dobić swego.  Widać wszyscy koledzy kierowcy wraz z policjantem który nawet ani razu na nas nie spojrzał byli chyba tylko by nas przestraszyć. Nie udało się.  Przeczekaliśmy ich. Na czasie nam nie zależało bo i tak dziś chcemy dostać się tylko do Probolingo. Cale wydarzenie nie zajęło więcej niż pól godziny. Autobus złapaliśmy od razu i do Probolingo zajechaliśmy po nieco ponad 5 godzinach. W mieście znów nam chciano wcisnąć tysiące deal'ow na transport do wulkanu. Nie można się od tych ludzi odpędzić. A w sklepach jak w północnym Wietnamie. Za każdym prawie razem. Jeśli sobie nie przeliczymy reszty zawsze coś brakuje. Sa tak bezczelni ze myślą ze nam 20 tys przy wydawaniu z 100tys może umknąć. Albo najstarszy myk na świecie. Jeśli jedna zupa kosztuje 7 tys to już za dwie chcą 18 tys. Jedna kawa 2 tys dwie 6tys itp. I Tłumacz im matematykę. Tak to nam pierwsze dni minęły na Jawie. Dodam ze nocleg można w Probolingo znaleźć zaraz kolo terminalu. 3 hotele i nieco dalej homestay bardzo przytulny. Ceny okolu 100tys/pokój. Jutro wyprawa pod wulkan Bromo :)









Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza