poniedziałek, 26 grudnia 2011

Bako - czasem słońce, czasem monsun

Najpierw minibus z Kuching do przystani, a potem łódka. No i tak dotarłam do Parku Bako - ostatniego miejsca na Borneo, które bardzo chciałam zobaczyć. Ktoś spyta "znowu dżungla? nie masz dość?"
Nieee! Ten typ lasu zafascynował mnie. Za każdym razem jest nieco inaczej.






Tu jest większa różnorodność i w roślinności, i w zwierzętach, w porównaniu do Kota Kinabalu czy Mulu (to miejsce jest dla mnie nr.1 na Borneo). Na wyspie jest sporo szlaków: dobrze oznakowanych, o średnim stopniu trudności. Byłam 2,5 dnia i udało mi się przejść Lintang, Paku, Serait. Dla mnie super!!! Nie będę się rozpisywać lepiej zobaczyć zdjęcia ;-)




Zachód słońca, plaża, fale rozbijające się o klify... Oj, piknie! ;-)





No było piknie do pewnego momentu tzn. do dnia wyjazdu. Na powrotną łódkę umówiłam się z poznaną moskiewską rodziną: Ela, jej mąż Staś i młody Glieb. Przesympatyczni ludzie, fajnie było pogadać trochę po rosyjsku i trochę po angielsku. Od samego rana siąpił deszcz i to było jeszcze OK, ale około południa zaczęło lać. Monsun pełną gębą. Dorzućmy do tego wzburzone morze i mamy niewesołą sytuację. Przemknęło mi przez głowę "a jak nie zdąże na samolot?" Niby odlot został przesunięty na 20:30, sporo czasu, ale cholercia wie. Koniec końców udało nam się odpłynąć około 15. Bujało, lało, brrr. Ciary przeszły mnie nie raz. Szybko złapaliśmy autobus do Kuching. Moi rosyjscy znajomi wysiedli przy hotelu (samolot do KL mieli dopiero jutro) a ja wyskoczyłam tuż przy open air market, wciągnęłam coś na szybko w lokalnym barze, w taksówkę i na lotnisko. Wyrobiłam się na czas, jeszcze odsiedziałam ponad godzinę, ale wole to niż jakieś komplikacje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz