niedziela, 27 listopada 2011

Motorkiem przez południową Bali

Nie ma to jak poczuć wolność i wiatr we włosach zwłaszcza pośród pięknej balijskiej architektury, tarasów ryżowych i palmowych lasów. Max i ja porywamy w Ubud skuter i jedziemy na podbój Bali. Trzeba było się stąd wyrwać. Ubud jest uroczym artystycznym miasteczkiem, które jednak zostało opanowane przez dwutygodniowych starszych turystow klasy wyższej którzy uwielbiają posiedzieć przy białym obrusie w drogiej restauracji, spać w drogim hotelu i napawać się artystycznym klimatem.
Dlatego Ubud staje się sztucznie droższe z miesiąca na miesiąc. Jest nawet droższy od Kuty. Uliczki zapełnione są drogimi butikami i wyperfumowanymi restauracjami, gdzie wszystko ma cenę tylko dla ceny. 60 tys. za smażony ryż!!! Nawet nocny market z jedzeniem został już zlikwidowany, bo nie pasował do egzaltowanego miasteczka. Miejscowi mają prawo na poranny market przez 3 godziny. Na szczęście znaleźliśmy tanią choć dość głęboko schowaną restauracyjkę Dewa Warung i nieopodal także tani bufet. Także z noclegiem nam się poszczęściło. W Kori Bali jak w domu. Śliczny balijski dworek nieopodal tarasów ryżowych przy samym monkey forest road. W trójce na dole gdzie mieszkaliśmy z Anią przed jej wyjazdem na Batur nieco było czuć grzybem, ale dwójka którą dostaliśmy później była idealna. Każdy pokój ma swój własny stolik na śniadanie na prywatnym tarasie i zawsze w ciągu dnia termos z ciepłą herbatą lub wodą na kawę. Oraz przemiła atmosfera. Tak miło, że zostajemy z Maxem dłużej. Zostajemy i nie zostajemy, bo w sumie Ubud opuszczamy z rana, by wrócić często późno w nocy. Tak naprawdę to okolica Ubud jest tą perełką a nie samo miasto. Jedną trasę robimy do wulkanu Batur, droga prosta cały czas pod gorę około godziny w jedną stronę. Po drodze mijamy przepiękne tarasy ryżowe wciśnięte pomiędzy palmowe lasy oraz miasteczka specjalizujące się w różnych artystycznych wyrobach. To miasteczko z figurami z kamienia, to inne z wyrobami z drewna, a w następnym same obrazy. W końcu po wdrapaniu się na ledwo zipiącym skuterku na kolejne wzgórze przed nami rozpostarł się niesamowity widok na wulkan Batur górujący nad regionem Kintamani. Zaparkowaliśmy przy pobliskiej restauracji, by zrobić zdjęcie i w tej samej sekundzie jak sie zrobiło ciemno, jak lunęło, tak już ze zdjęć nic nie było. Zostaliśmy uwięzieni w restauracji. Okazało się, że wcale tak źle nie było. Hehe. Dzięki niezwykłemu czarowi Maxa utargowaliśmy bufet za 35 tys. gdy inni płacą po 100 tys. z możliwością jedzenia wszystkiego i do woli wraz z kawą i herbatą. Siedzieliśmy chyba ponad 3 godziny czekając na poprawę pogody, objadając się wszystkim co podeszło pod rękę. Pogoda jednak bardzo poprawić się nie chciała, więc zdecydowaliśmy się wrócić. Jak tylko zjechaliśmy z gór słońce znów wyjrzało zza chmur. Zboczyliśmy więc z głównej drogi i zupełnie na ślepo pognaliśmy między pola ryżowe i śliczne malownicze balijskie wioski. Późnym wieczorem odwiedziliśmy jeszcze Ewelinę z Polski, która zaczęła niedawno studiować na tutejszym uniwersytecie. Pozdrawiamy serdecznie i życzymy powodzenia. Następnego dnia pognaliśmy motocyklem jeszcze dalej. Zwiedziliśmy byłą stolicę Bali Klungkung (także zwany Semapura). Tutaj można zobaczyć piękne balijskie malowidła pokrywające strop pływającego pawilonu oraz poczytać o historii Bali w pobliskim Monumencie. Dalej droga prowadzi wzdłuż malowniczego południowego wybrzeża. Tutaj podziwiamy czarne długie plaże, bardzo ciche i mało zagospodarowane. Tylko pojedyncze resorty mijamy po drodze. Cały czas towarzyszy nam bury wielki stożek pobliskiego wulkanu. Po dojechaniu do Water Palace w Amlapurze zawracamy do Ubud jednak inną trasa. Po drodze zatrzymujemy się w Gianyan przy markecie wieczornym na kolację. Jazda na motorze na Bali nie należy do najprzyjemniejszych ale nie jest też trudna. Drogi są jako tako oznakowane tylko nieco dziurawe (tak czy owak lepsze niż w Polsce - skandal!) ale szaleni kierowcy potrafią doprowadzić do szału. Mimo wszystko to był chyba jeden z najlepszych dni na tej wyspie. Dziwne olbrzymie rzeźby stawiane na skrzyżowaniach czasem ułatwiają sprawę. Zwłaszcza wokół Ubud. Przy słoniu w prawo, przy leżącym koniu w lewo, przy pani na jednej nodze prosto itp... Dodatkowo trzeba wspomnieć, że na Bali wymagają międzynarodowego prawa jazdy. Chociaż niektórzy mówią inaczej. Nastraszeni jednak nie chcieliśmy mieć do czynienia z Policją, więc staraliśmy się omijać ich szerokim łukiem. I tu zdarzyła nam się śmieszna historia. Otóż ulica na której mieszkaliśmy jest jednokierunkowa i zupełnie nie wiedzieliśmy jak trafić tam od drugiej strony.  Chcieliśmy pojechać pod prąd. Prawie północ, na drodze pusto, a tu w budce przy skrzyżowaniu Policja. Jeszcze do nas machają. Jakby nigdy nic jedziemy dalej. Tyle że szukając drogi do domu przejechaliśmy koło owej policji jeszcze raz... tam i z powrotem. My przerażeni a oni wciąż do nas machają... W końcu zdesperowani podjeżdżamy do budki, a oni nam machają żeby pod prąd jechać, bo już pozno i nie ma problemu. Hi hi hi.
Pośród aktywności w samym Ubud pierwszego dnia wybieramy pokaz tańców balijskich i znów dzięki osobistemu urokowi Maxa rezerwujemy miejsca w pierwszym rzędzie. W końcu jako że nam się strasznie stęskniło za Anią rezerwujemy taxówkę do Loviny, gdzie mamy się spotkać przed jej powrotem do Polski. Taxówkę utargowaliśmy u naszego pana od motocykla w tej samej cenie co shuttle bus, więc dlaczego nie. Po drodze zwiedzamy okolice jeziora Beratan. Pan od motocykla nas po prostu uwielbia, hi hi, ale to już inna historia.

Widok na Water Palace w Amlapura:


 Pawilon  w Kunglung



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza