sobota, 5 listopada 2011

25 godzin jazdy, 2 przesiadki, 2 stempelki i welcome in Malaysia

Jak jechać do następnego kraju to z fasonem, no nie?Z Bangkoku wystartowałam autobusem wczoraj o 19. 6 rano jestem w miejscowości Suratthani, jeszcze Tajlandia, czekam na moją podwózkę do minibusa na granicę, czekam sama, bo nikt z turystów nie jedzie do Malezji przez Sunghai kolok, ciekawe? :-)
Okazało się, że firma przewozowa przysłała po mnie skuter, na jedna sztukę nie opłaca się odpalac auta,i tak wczesnym rankiem pomknęłam z z moim kierowca na dworzec autobusowy.W agencji wymienili mi bilet na voucher transportowy do miasteczka przygranicznego i znowu jade skuterem dalej ,na przystanek.A tu niespodzianka dzis mało chętnych na ten kurs ale kombinuja jak tu zorganizowć coś dalej,i mówią wait,wait...a mnie chodzi po głowie jak tu ugrzęzne to kicha.Okazało sie że mam o 8 autobus do Hat yai i 6 godzin jazdy przed sobą,rewelacja,tyłek mi przyrośnie do siedzenie no ale jade.Ktoś ma na mnie czekać i pomóc wymienić ten voucher na bilet do Sunghai kolok,oby.
Tak się turlam i turlam a za oknem zmienia sie krajobraz tzn w tej części Tajlandii jest zdecydowanie wiecej muzułmanów,meczet za meczetem,kolorowa chustka jedna za drugą i dużo wojska.Tak ,każdy posterunek to mała forteca,zasieki, drut kolczasty i napewno ten "kałasznikow" nie jest na ślepaki.Przypomniałam sobie w LP było wspomniane że 2-3 lata temu pare bomb wybuchło,były rozruchy na tle religijnym.W Hat yai odrazu poszłam do pierwszego z brzegu przewoźnika żeby wyjaśnić co dalej a tu mnie odsyłają do informacji i sytuacje uratowała władza,policjant z tourist police, zadzwonil do agencj i okazalo sie że zaraz ktoś będzie. I był dosłownie za 5 minut,ledwo co zdążylam kupić coś do jedzenia.O 15 wsiadłam do kolejnego busa,do granicy.Ma jechać około 5 godzin no to cudnie bo słyszałam że to przejście nie jest czynne 24 h.Pożyjemy ,zobaczymy na miejscu.Zajechalam na 20,zapytalam sie chłopaka ktory siedział obok którędy na granice.Tak sie wczuł że zaraz mi zorganizował taxi- skuter za 1 dolca i wypytał sie po tajsku do której czynne jest przejście,no i miałam farta, do 21.Na granicy pełna kulturka,a z jakiego kraju jestem,a z kim Polska sasiaduje,a ile mieszkańców,w miedzyczasie wbijają mi pieczątke i poszłam na strone malajska tu podobnie,dla mnie bomba.Jak spytałam sie celnika czy wie jak z busem do Kota bharu albo co z hotelem w tej mieścinie to zebrało sie konsylium ,bo chyba nie często turyści się tu pojawiają.Mam namiary na dwa hotele,całkiem blisko.Ale okazało sie że obydwa zamkniete,lekka masakra.Ale zainteresował sprawą facet przed sklepem i zaraz zorganizował transport do innego hotelu,jego znajomy mnie podrzucił.Chcialam zaplacić dolca za fatyge ale nie i bye,bye.Niesamowite.Hotel ok,wifi działa,no i stargowalam na 10$.Troche to jest kasy ale gdzieś trzeba spać.Przybytek prowadzony jest przez sympatyczne rodzeństwo.Jutro rano zaprowadza mnie na przystanek autobusowy.Chce pjechać do Kotabharu.
Podoba mi się Malezja,sympatycznie,zawsze ktoś pomoże.

3 komentarze:

  1. Wyjeżdżając busem z Hat Yai (w kierunku Pak Bara, bo akurat wybierałam się na Ko Lipe) czytałam jakiś przewodnik i była tam taka ramka "Czy powinienem ryzykować życie jadąc do Hat Yai?" Chodziło o to, że na południu Tajlandii, blisko z granicą, bywa wg. przewodnika czasem niespokojnie, zamachy bombowe, zatrzymywanie busów i wyciąganie (ale lokalnych, nie turystów) z nich, bicie itp. Może to dlatego w te okolice wybiera się trochę mniej ludzi? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Słyszałam o rozruchach na tle religijnym,jakieś 2-3 lata temu.ale teraz jest spokojnie.
    Tylko tacy wariaci jak ja jade w taki teren,hihihi,ale na serio jest luz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bo do odważnych świat należy!

    Ja tam byłam właśnie dwa lata temu. Pamiętam, że nie napisałam o tej ciekawostce na swoim blogu, żeby rodzinki zbytnio nie stresować :)

    OdpowiedzUsuń