niedziela, 16 października 2011

Złota skała - i znów pod gorkę

Dzisiaj testujemy transport w Myanmarze. Taksówka wywozi nas gdzieś hen poza miasto, gdzie obskakuje nas tuzin panów, którzy zaciągają nas do kasy. Z kupnem bilecików do Kinpun nie było problemów. Odjazd zupełnie niepunktualnie, a autobus zupełnie pełen. Na miejscu jak zwykle wszystko dzieje się samo. Hotel sam znajduje nas oczywiście.
Po krótkim targowaniu bierzemy całkiem obszerna czwóreczkę z klimatyzacją której w sumie nie ma bo albo nie ma prądu albo napięcie jest tak kiepskie że ledwo wieje.
Tak czy owak miejsce i ludzie są tak cudowni że co tam klima. Sercem hotelu i śmiem powiedzieć miasteczka jest cudowny Ko-ko. Szczuplutki człowieczek z przeżartym przez betel uśmiechem jest tu recepcjonistą, sprzątaczem, kucharzem, managerem i agentem informacji turystycznej oraz spraw wszelakich. Potrafi załatwić wszystko a nawet więcej. Do tego jest w tym wszystkim uroczy jak 5-letnie dziecko.
Z samego rana decydujemy się na wspinaczkę do Złotej Skały. Myśląc, że jeszcze zdążymy na popołudniowy autobus do Bago nadajemy sobie ostre tempo. Po drodze mijamy malutkie wioski pełne uśmiechniętych rozwrzeszczanych dzieciaków. Ludzie są tutaj niesamowici. Prawie każdy przystaje i czeka aż mu się zdjęcie zrobi. Pan z koszami, pani w kolorowej chuście, pan z wielkim nożem, gromadka młodych mnichów. Nawet jeśli nie mamy ochoty - nie ma innego wyjścia. Zdjęcie musi być i kropka - a ile radości im sprawia oglądanie. Suniemy pod gorę całkiem ostrym tempem łapiąc na wirażach od innych pielgrzymów to birmanską wódkę, to jakieś smakołyki. Szczyt nie byłby niczym szczególnym gdyby nie to, ze był szczytem zdobytym. Wokół przez chwilę rozpościerał się ładny widok na okolicę, ale później chmury połknęły gorę w całości. Zmęczeni padamy na zimną posadzkę - na autobus i tak nie. Z powrotem łapiemy ciężarówkę dla pielgrzymów. Jazda zapełnioną po brzegi ciężarówką po ostro spadających w dół serpentynach dopełnia wrażeń dzisiejszego dnia. Wieczorkiem jeszcze piwko i degustacja rumu z miejscowymi oraz naszym kochanym Ko-ko, który dodatkowo stworzył nam w barze salon kosmetyczny i umalował nas kremem z drzewa sandałowego. Tak właśnie jak się wszyscy tu malują na ochronę przed słońcem i ciepłem. Na koniec dostaliśmy od naszego birmańskiego przyjaciela pierścionki przyjaźni.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz