piątek, 21 października 2011

Inle Lake - świat postawiony na palach

Na drugi dzień, kiedy deszcz w końcu przestał padać, okolica ukazała nam się w nowym świetle. Miasteczko na północy jeziora, gdzie się zatrzymaliśmy - naprawdę urocze. Parę ulic na krzyż, mały targ parę restauracyjek i port – nieco zalany, gdyż poziom wody wyższy niż zwykle. Wczoraj była łódka i zwiedzanie jeziora od “wewnątrz”, więc dzisiaj bierzemy rowery. Na pierwszy rzut - wschodnia strona jeziora.
Droga sama w sobie nie jest ciekawa i położona dość daleko od jeziora.
Mijamy jedynie parę przydrożnych knajpek i szkół z rozwrzeszczanymi dzieciakami. Po drodze odbijamy w wijącą się ostro pod górę w drogę do winnicy. Po szybkim zwiedzaniu decydujemy się na degustację win tutejszej marki: Red Mountain (2000 Kiat). Jak już zakosztowaliśmy luksusu, tak poszliśmy za ciosem i na następnym skrzyżowaniu odbiliśmy do malowniczo nad jeziorem położonego resortu. Na bungalow delux za 100-170 nie było nas stać, ale widoki za to za darmo. Na lunch obżeramy się sałatkami i smażonym wyśmienitym tofu w wyborowym, totalnie nieanglojęzycznym towarzystwie. W pierwszej większej wiosce decydujemy się zawrócić. Wieczorkiem przysiadamy się na pyszną zupę i rybkę do miejscowego imieniem Su, z którym spędzamy przemiło czas. Impreza skończyła się jak na Birmę późno, bo prawie o północy. Magda w wiosce znalazła dodatkowo wybitnego artystę malarza. Następnego dnia zwiedzamy zachodnią stronę jeziora. Tutaj historia zupełnie inna. Droga przed dłuższy kawałek wije się brzegiem malowniczego jeziora, za którym ciągną się pasma zamglonych wzgórz. Mknąc po błotnistej drodze mijamy grupki radosnych i życzliwych ludzi oraz skromne chatki na palach z gromadką bawiących się tam dzieci. Wszyscy się uśmiechają i żwawo machają w naszym kierunku. I mimo że droga wymaga trzymania kierownicy oburącz - odmachać wypada. Taka Birma jest i trzeba się z tym pogodzić.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz