czwartek, 22 września 2011

Luang-Namtha i trekking na trzy nogi.

Na północ Laosu dostać się nie było łatwo. Na dworcu (bo my oczywiście lokalnym transportem a nie turystycznym) poinformowano nas, ze busa nie ma, bo za mało ludzi i możemy jechać gdzieś w pół drogi, a później może będzie coś dalej. Cóż - próbujemy. Autobus zapchany jak zawsze po brzegi. Jedna osoba śpi na następnej i nikt się nie przejmuje.
Ot tak rodzinnie. Po 6 godzinach w burzy jakiej nasi dziadkowie nie pamiętają wyrzucono nas na malutkim dworcu. Jednak tutaj okazuje się, że busik już na nas czeka i po pół godzinie jedziemy dalej. Kolejne 4 godziny w vip minibusie czyli w dużym 7-osobowym vanie. A nie mówiłam, że transport w Laosie jest super :) zaskakuje zawsze miło. W ciemną noc przybywamy do miasteczka, gdzie oświetlona jest tylko jedna ulica na długości 10 metrów. Wystarczy. Jak zawsze w Azji wszystko co trzeba się znajdzie. Dziś luksusowy hotelik w stylu rustykalnym. A co :) Agencje trekkingowe jeszcze otwarte, więc idziemy się rozejrzeć. Pora deszczowa, więc nie mamy dużego wyboru. Jest już spora ekipa na jedną wyprawę, więc dołączamy - będzie taniej. Obok agencji zostajemy na piwko, gdzie managerem jest były mnich. Pogaduchy trwają dłuższą chwilę. Na koniec dnia jeszcze lekcja laotańskich i tajskich piosenek na gitarce i jutro treking.
Zaczyna się bardzo łagodnie. Ot, spacerek przez pola ryżu górskiego z przepięknymi widokami. Ludzie w grupie bardzo mili. Dwie Hiszpanki i troje Amerykan ow. Z nami idzie jeszcze zwariowany 27-letni przewodnik, dwie panie tragarz-kucharz i taki miejscowy pan do pomocy. Na lunch zatrzymujemy się w jakiejś chacie i pierwszy szok, ale jakże pozytywny. Panie przyrządzają typowo laotański posiłek na liściach bananowca. Jemy oczywiście palcami. Dalej droga robi się trudniejsza. Pada deszcz, a błotnista ścieżka robi się śliska jak lodowisko. Co chwila ktoś ląduje w błocie. Na szczęście w większości przypadków kończy się to śmiechem. Amerykański popis: najpierw zjazd na pupie, obrót i twarzą w błoto. Nie ma to jak upaprać się równo z przodu i z tyłu. Wystrugano dla nas kijaszki i jakoś idziemy. Z kijaszkiem o wiele łatwiej. Tak więc: nóżka, nóżka, kijek, nóżka kijek i do przodu na trzy nogi :) kijek przy nóżce, nóżka przy kijku. Miejscowi idą bez żadnego problemu. Panie niosą ciężki bagaż plus w jednej ręce świeże jaja, w drugiej wodę i tak...idzie i się nie wywraca i jajka na śniadanie całe. Po wyczerpującym trekingu dochodzimy do obozu nad wodospadem. Woda jest orzeźwiająco chłodna, a od wodospadu niesie się przyjemna bryza. Kolacja jest jeszcze bardziej wyśmienita. Oczywiście znów na bananowych liściach. Po zachodzie słońca przewodnik opowiada jeszcze historie z dżungli, po czym wszyscy pakujemy się do drewniano-bambusowej chaty.
Rano pobudka jest dość wcześnie. Okazuje się, że most, którym mieliśmy przekroczyć rzekę jest... hmmm niekompletny i trzeba jak najwcześniej przekroczyć rzekę wpław zanim przybierze wody. Każdy bierze w rękę swoją drewnianą trzecią nogę i w drogę. Tego dnia leje prawie cały czas. Na szczęście przestaje na czas lunchu. Przewodnik daje nam szybką lekcję chodzenia po mazistym podłożu bez ślizgania się. Sam biega po dżungli jak szalony na bosaka i tylko pijawki łapie za nas wszystkich. Cóż, niektórzy uczą się chodzić całe życie. Egh. Dżungla robi się coraz bardziej gęsta i śliska. Bez machety ani rusz. Co jakiś czas do przejścia mamy mniej lub bardziej chybotliwy mostek. Tym większa przygoda. Gdyby było za łatwo, nie byłoby frajdy. Wszyscy tak czy owak po dobrych paru godzinach trekingu oddychamy z ulgą po wyjściu na łąki. Już z perspektywą bliskiego prysznica spokojnie zwiedzamy pobliską wioskę ludu Lantan, który przybył wieki temu z Chin. Zajmują się wyrobem odzieży i papieru bambusowego. To ostatnie dni w Laosie - znów ciężko będzie opuszczać kraj tak życzliwych ludzi.
 nasza chatka
 nasz lunch
 nasza grupa wyborowa juz po

 w wiosce ludu Lantan

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz