środa, 28 września 2011

Chang Mai-gotowanie i inne przygody

Czas na zmiany na Tajlandię. Do Chiang mai dotarłyśmy zmieniając środki transportu jak rękawiczki, łódź, tuktuk, minivan, szybko i sprawnie. Tzw. Old city - sympatyczne z wąskimi uliczkami, gdzie są pochowane spa, hoteliki czy guesthouse. Można się zgubić :-)
Od razu z miejsca załatwiłyśmy na następny dzień kurs gotowania przez nasz guesthouse Kavil ze zniżką 100 baht. Było smacznie.
Pierwsza sprawa - turystom trzeba wyjaśnić co do czego żeby dało się później zjeść, tak więc zabrano nas na market iiiii ten korzeń do tego, a ta zielenina do czegoś innego. To się je, a to tylko dla smaku. Później fartuszek na szyję, tasak w rękę i do dzieła. Cebula, pomidory, papryczka - to znamy, ale galanga, turmeric czy trawa cytrynowa to inna bajka, można wyczarować pad thai, zupę z kurczakiem i mleczkiem kokosowym, smażone banany itp. i spałaszować mniam......zdjęcia więcej pokażą, ale smak... hmmm...
Jeden dzień oddechu na spacery po mieście i chwila by zastanowić się, co będziemy robić kolejnego dnia. Dodatkowo godzinny masaż z olejkami i co wykombinowałyśmy? Spacer po dżungli do wodospadów, treking na słoniu, spływ tratwą bambusową i rafting po spienionych wodach rwącej rzeki. Farma słoni była wielkim rozczarowaniem, choć może nie rozczarowaniem ale szokiem. Słonie to cudowne zwierzęta, a nie są traktowane najlepiej, aż się serce kraje. Nigdy więcej tego nie powtórzę. Rafting dopiero był przygodą. Fale prawie przewracały nasz ponton. Poziom wody i prąd były do tego stopnia niebezpieczne, że odwołano spływ tratwą i w zamian zaoferowano zjazdy na linach wśród koron drzew, a także z jednego brzegu rzeki na drugi. Ale nam się poszczęściło. To się nazywa aktywnie spędzić czas :-) Kończący wycieczkę spacer może nie był w głębokiej dżungli, ale za to widoki były piękne, a trasa dość urozmaicona. Zobaczyliśmy sady liczi, bananowe i drzewka tutejszych bakłażanów. Bo tutaj bakłażany - takie małe - rosną na drzewach :) Wieczorami, jako że miałyśmy szczęście być w mieście w sobotę i niedzielę, odwiedzałyśmy targ weekendowy. Zajmował dobre parę kilometrów ulicy i można tam było kupić wiele tutejszych wyrobów. Oczy nie mogły się nacieszyć ilością i pięknem wzorów i kolorów. Żołądek także znalazł coś dla siebie. Od lokalnych smakołyków po taniutkie wyśmienite sushi. Późnym wieczorem niedaleko hotelu rozpoczynały się koncerty w knajpkach. Reggae, rock, co kto chciał. Wspaniały backpackerski klimat, ale o tym przekonać się musicie sami.







5 komentarzy:

  1. Podziwiamy Was za kulinaria, no i sporty ekstremalne, tylko pozazdrościć, powodzenia. MAM:):):)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ech, szkoda że nie da się przekazać na odległość smaku tych wspaniałych potraw. Mila - liczymy, że po powrocie ugotujesz dla nas niejeden orientalny obiadek :D:D

    OdpowiedzUsuń
  3. chyba minelismy sie w Chiang Mai, ale jezeli jeszcze jestescie koniecznie wybierzcie sie do malej knajpki, ktora nazywa sie Pho Viena Chane, znajduje sie na ulicy Prapokklao – w poblizu 9 uliczki odchodzacej od niej, jest czwarta w szeregu znajdujacych sie obok siebie resteuracyjek. Opisy dan na naszej stronie polswiata.eu

    OdpowiedzUsuń
  4. Minelismy :-( dzieki za info przyda sie na przyszlosc, od trzech dni jestesmy w Pai,polecamy totalny chillout,znalazlysmy swietna miejscowke Edible Jazz,wlascicielem jest starszy Taj,Tom.bungalow przy barze,muzyka na zywo co wieczor :-)

    OdpowiedzUsuń