czwartek, 1 września 2011

Ban Lung - na końcu Kambodży

Wsiadłyśmy z Magdą do autobusu o godzinie 5.30 rano - po prostu wariactwo. Po prawie 12 godzinach i przejechaniu prawie całej Kambodży; rzucając okiem chwile na Mekong przy Kratie, okoliczne pola ryżowe i dżungle w końcu dojeżdżamy do prowincji Ratanakiri gdzieś na północno-wschodnim krańcu państwa. Jak zwykle szybkim rzutem na taśmę zostajemy porwane przez dwóch lokalsów na motorach do taniego aczkolwiek wypasionego hotelu.
Niemiłosiernie zlało nas podczas tej krótkiej podróży, ale dzięki temu ciepły prysznic w hotelu był jeszcze przyjemniejszy. I tu muszę coś oświadczyć: Jest ZIMNO! Leje cały kolejny ranek, ale trzeba się ruszyć. Miasteczko jak typowe miasteczko na końcu świata. Każdy zajęty tylko sobą i dobrze -można odetchnąć po niekończącym się w Siem Riep hello, tuk tuk lady i give me one dolar. Nawet agencje turystycznie działają jakby od niechcenia. Mimo mżawki (na szczęście) wybieramy się na pobliskie jezioro powstałe w starym kraterze wulkanicznym. Jeziorko ot takie sobie. Okolica całkiem przyjemna. Przespacerowałyśmy się jeszcze wokół jeziora wśród gęstej dżungli odkrywając walkę na śmierć i życie. Jeziorko jest świetnym miejscem na relaks. Woda jak na Kambodżę czysta! Kąpać się można i większość ludzi wskakuje po prostu w ubraniu. Myśmy pomoczyły nóżki i relaksowałyśmy się na słoneczku. Wieczorem jak zwykle w Azji miasteczko się magicznie zaludniło i liczne stragany zastawiły okoliczne krawężniki. Cóż nam zostało: ostatnia wypasiona kambodżańska kolacja z deserem.
 Tak się życie toczy na markecie:


 Stacja benzynowa: ta lepsza-normalnie sprzedają benzynę w butelkach po coli :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza