wtorek, 2 sierpnia 2011

Tarasy ryżowe Yuang yang

Do miasteczka położonego niedaleko kompleksu tarasów zajechałyśmy autobusem sypialnianym około 5 rano. Pozwolono nam pospać jeszcze do około 7. Minibusikiem zajechałyśmy pod kasę biletową i rozgościłyśmy się w Fotograph hotel naprzeciwko. Spod prysznica w pokoju cudny widok na okolicę. Właścicielka poleciła nam, co najlepiej zobaczyć i jak zrobić  by najmniej zapłacić. I najważniejsze - kuchnia w hoteliku wyśmienita!! Bakłażan rozpływa się w ustach.
Spacerkiem zwiedziłyśmy okoliczne tarasy i wioski, oczywiście od tyłu.
Skandal, by za wejście do każdej trzeba było płacić 30 y! I jeszcze żeby coś tam było: choćby miejscowe jedzenie z gar-kuchni lub inne tutejsze wyroby, a tu nic! Pusto, ludzie nieprzyjemni i jeszcze płać. Najwyżej sklep z przeterminowanymi herbatnikami i wodą w skandalicznych cenach. Gdyby nie nasz hotel, to można by z głodu umrzeć! Człowiek nie może się nigdzie normalnie ruszyć. Opłata za każdą ścieżkę. Jest jak w klatce. Wieczorem decydujemy się zapłacić jakąś skandaliczną cenę za wejście na punkt widokowy w wiosce odległej o 6 km. Spacerek był przedni. Zostałyśmy tam aż do zachodu. Z powrotem zrobiłam sobie jogging, a Magda złapała przyjacielskiego stopa. Następnego dnia dostałyśmy cynk, że jest targ we wsi około godziny drogi samochodem. Wycieczka okazała się widokowa. Gdy zniknęły tarasy ryżowe, pojawiły się plantacje bananów. Wszędzie banany. Miasteczko było dość urokliwe, a targ kolorowy!!! Już po pierwszym rozeznaniu w cenach okazało się, że jesteśmy w raju. Ananas na patyku w łapkę i idziemy dalej. Do cienia chowamy się pod jakiś jedzeniowy stragan. Zupka za 3y, wyśmienite tofu za grosze i zimne piwo w cenie sklepowej! A zimne piwo dostać ciężko, jest to wręcz niewykonalne. Obok nas panowie maczali usta w kieliszkach wódki, bo piciem to ciężko nazwać. Zakupiłyśmy jeszcze prowiantu na drogę do Hekou. Tak mija nam targowy dzień. Kolejnego dnia rano wskoczyłyśmy w busa na granicę. Na dworcu od razu zaproponowano nam wymianę walut, jednak kurs nie był ciekawy, więc poszłyśmy do banku. W banku yuanów na dągi nie wymieniają, ale zaraz pani bankier zawołała jakiegoś pana, który znikł z naszymi pieniędzmi, by po chwili wrócić z nową walutą wymienioną po kursie lepszym niż się spodziewałyśmy. Teraz już tylko na most! Do Wietnamu! Ale może jeszcze coś przekąsimy na pożegnanie? Za rogiem znalazłyśmy typowy targ z jedzeniem. Rzuciłyśmy wszystko co nam zostało i niech nam "coś przyniosą". Zasadziłyśmy się przy stole i podano nam dwa na full załadowane różnorakim jedzeniem talerze. Super. Zaraz jeszcze przynoszą ryż. No to jeszcze lepiej. Myślimy, że to już wszystko, ale nie. Na stole pojawiają się nowe potrawy. To jakaś zupka, to rybka. No to - chiński wypas :)








2 komentarze:

  1. Oooo jakie przepiękne krajobrazy! I to jedzenie - mniam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. zdjecia nie pokaza i tak tego ogromu eh

    OdpowiedzUsuń