niedziela, 28 sierpnia 2011

Siem Reap - backpackerska rozpusta!

Do miasta dostałam się łodzią z Battambang, droga - znaczy rzeka - wiodła przez zielone podmokłe tereny, wąskie kanały, pływające wioski i domki na palach. Z każdej strony machały radośnie dzieciaki. Jednym słowem cudo! A teraz w mieście siedzę już dobre parę dni i nie chce mi się wyjeżdżać. Centrum miasta to typowa oaza rozpusty dla backpackera.
Tanie hoteliki, mnóstwo barów i knajpek z piwkiem za pół dolara. Markety z wszystkim i niczym, masaże za dolara. Od piątej otwierają nocny market z jedzeniem, gdzie jest jeszcze taniej i pyszniej. Ogólnie można się tu rozbestwić.
Na szczęście nie trzeba daleko szukać, by uciec od tego turystycznego zgiełku. Wystarczy przejść parę przecznic i miasto zmienia się nie do poznania. Nie tylko można znaleźć jeszcze tańsze jedzenie w przydrożnych lokalikach, ale także złapać chwilę odpoczynku od wiecznie nawołujących tuk tukarzy i żebrzących dzieci. Jest to tu duży problem. Bieda naprawdę jest znaczna wśród ludności. Dzieciaki na ulicy są od rana do późna w nocy. Czasami atakują całymi grupami wieszając się,  ściskając i skomląc o dolara.
Po pierwszej nocy zapoznawczej przeniosłam się do Garden village - legendarnego centrum backpackerskiego. I jest czad:) Za 1$ dostałam łóżko w dormie, a raczej materac otoczony moskitierą w zbitym z drewnianych desek budynku z tylko jedną ścianą. Wszyscy mieszkańcy spędzają razem czas na tarasie i w restauracji. Więc szybko nawiązuje się znajomości z innymi podróżnikami. Co jakis czas porywam rowerek i jade do Angkor (zobacz post) Spotkałam tu także Polaków, których wcześniej spotkaliśmy w Mongolii. Jaki ten świat mały! Jednego dnia wybraliśmy się razem na rowerach przez wioski i pola ryżowe do dość odległego jeziora z z plażą i hamaczkami. Okolica spokojna, totalnie pozbawiona białych turystów. Leżymy, bujamy się i zajadamy tym, co nam do hamaka przyniosą babuszki. Relaks.
Każdego ranka jako że taniej no i na market nocny za wcześnie, poluję na jeżdżące straganiki z jedzeniem. I nigdy nie wiadomo, gdzie stoją. Tak więc: każdego ranka zaczynam polowanie na jedzenie od nowa. A wieczorkiem zawsze znajdzie się ekipa na wspólną kolacje i piwko. Nie ma co narzekać. Dni mijają beztrosko na wypadach na rowerze po okolicy i poszukiwaniach mniej lub bardziej ukrytych w zieleni świątyń, ale to w innym poście. W samym mieście polecam spacer wzdłuż rzeczki na północ. Jak już mówiłam, zupełnie inne miejsce. Turyści włóczą się tu rzadko, a raczej ja nie spotkałam przez cały dzień żadnego. Życie lokalnych toczy się tu wolniej i z dala od rozwrzeszczanego rozświetlonego centrum. Także rozmowa z ludźmi tutaj wygląda inaczej. Nikt nie namawia na zakupy tuk tuka itp. Z przyjemnością można usiąść na chłodnym piwku w lokalnej knajpce i zagadać się z lokalsami, którzy są ciekawi po prostu mojej osoby, kraju i prostym angielskim albo na migi starają się opowiedzieć o sobie. Czasami potrafią spytać tylko skąd jestem i czy lubię Kambodżę, ale mimo wszystko rozmowa jakimś cudem się klei. Po drodze mija się 3 skromne świątynie. Znów nie udało się uciec od pogadanek z mnichami, na co nie narzekam. Z jednym spędziłam całe popołudnie wśród dzieciaków grających w kulki. Pytał mnie o Polskę, notując skrzętnie informacje w notesiku. Rozrysowałam mu nawet mapę Polski i jej sąsiadów, ale jak poprosił mnie, bym to samo zrobiła z Chinami, to już było ciężej. Mimo wszystko coś tam stworzyłam. W końcu gapię się na tę mapę Azji nie od dziś. Resztę popołudnia spędziliśmy na rozmowach o realiach życia w Kambodży i buddyzmie. Mimo tego że w Siem Riep spędziłam tak dużo czasu uważam każdy dzień za spełniony :).
Jeszcze muszę dodać, że właśnie kupiłam BILETY DO BUENOS AIRES!!! Magda także ma już bilet, ale lecimy innymi liniami, gdyż był tylko jeden bilet w promocyjnej cenie i czekałam na nową ofertę. I jest! Ja lecę z Qatarem, a Magda Malaysia Airlines. Cóż nam zostało: Umówiłyśmy się na piwko po czym wskoczyłyśmy razem do akwarium, pozwalając małym rybkom nas dziubać. Fisz piling - rewelacja!! Dwa dolary plus piwo i radocha gratis :D


  W drodze do Siem Riep:
 Tuz za rogiem głównych ulic:

1 komentarz:

  1. Kambodża to nie tylko dużo biedy, ale podobno i 65% analfabetów, pozdrawiam :):):)MAM.

    OdpowiedzUsuń