czwartek, 4 sierpnia 2011

Gooood mooorniing Vietnam!!!!!

Przekraczanie granicy chińsko-wietnamskiej to czysta przyjemność, szybko, sprawnie i bezboleśnie. No ale w momencie kiedy wyszłyśmy z wietnamskiej kontroli paszportowej zaczął się inny świat, inny niż chiński. Hmmm jak tu się dostać na dworzec kolejowy w Lao Cai, żeby złapać busa do Sapy??? no problem.
Do you want motorbike?? słyszymy od kilku Wietnamczyków, a how much? 20 tys. dongów, uuu drogoooo, upieramy się przy 15 tys.,bo wiemy ile ta przyjemność ma kosztować, coś nam tłumaczą, że paliwo drogie itp. itd.,taaaaa gadka szmatka, pierwsze starcie wygrałyśmy, kask na głowę i jedziemy. Po ok. 10 minutach jesteśmy na miejscu, a tu dawaj od nowa, nie chcą wydać 5 tys. reszty i znowu krótka użerka, ufff po sprawie, pierwszej. Zaraz pojawia się jakiś koleś, chce nas zgarnąć do busa jadącego do Sapy. No OK, ale ile? 50 tys.!! Nie ma opcji, za taką kasę nie jedziemy, możemy dać max 30 tys.,on 40 tys., my twardo 30 tys., ale płacimy dopiero jak dojedziemy, no i kolejna batalia wygrana. Potwierdza się, że w tym kraju biały turysta jest naciągany i oszukiwany, ceny podwójnie, potrójnie, na przejazdach, noclegach, jedzeniu. Nie podoba mi się taka polityka, ale cóż zrobić? Trzeba wiedzieć co ile kosztuje i być twardym w negocjacjach. Do Sapy dojechałyśmy po 19 i tu dość oczywisty mały surprise. Zaraz jak tylko wysiadłyśmy z busa pojawił się chłopak na skuterze i od razu oferuje nam pokój w hotelu za 10$, targujemy się w dongach i stanęło na 150 za pokój za noc czyli na osobę 3,75$, jest spoko.
Hotel jest parę kroków od ulicy, mamy odjechany pokój, róż na ścianach, baldachim z falbankami nad łożem małżeńskim, Wifi i ciepła woda. No lukszuszy!!!!!

1 komentarz: