czwartek, 28 lipca 2011

DALI!!!!! Ah Dali, Dali......

Oryginalnie "funky banana-pancake backpacker hang-out in Yunnan", jak pisze Lonely Planet, było miejscem do wyluzowania się, wciśniętym między góry a jezioro Erhai. Po prostu bajkowo! Albo raczej nie - bo nie ma w tym miejscu nic słodkiego czy uroczego. Tylko surowa prostota i wręcz bezczelna wolność, która sprawia, że ludzie z całego świata decydują się tu zostać na parę miesięcy, lat, a nawet na całe życie. Najazd dość oryginalnych białych, którzy odkryli tutaj miejsce dla siebie, sprawił, że Dali żyje dziką mieszaniną kultur. Tego się nie da opisać. To trzeba poczuć, przeżyć, przepić...

Czasy się jednak zmieniają. Zmienia się polityka, zmieniają się Chiny.
Mimo że mieszkający tam ludzie i przyjezdni, szukający chillout'u backpackerzy twierdzą, że miasteczko straciło swój klimat, turystyka i polityka zmieniła ludzi i miejsce, a także życie już nie jest takie beztroskie - Dali wciąż pozostaje miejscem szczególnym. Nie wiem nawet, co pisać o naszym pobycie, bo tyle się działo od samego przyjazdu i aż łezka się w oku kręci, a w gardle żal staje z tęsknoty za tym miejscem i ludźmi. Zatrzymaliśmy się w Mama Naxi GH: świeżo otwarte miejsce z bardzo miłą obsługą. Trochę czasu zajęło nam znalezienie tej cichej przystani, gdyż mapa Lonely Planet "była zdatna jedynie do wytapetowania kibla". Pomylili kierunki i postawili jezioro do góry nogami, a co zrobili z miastem to już... eh. Widać ktoś się musiał wczuć ostro w klimat miasteczka, że dostał tak dziwnej oto wizji. Cóż - po prostu Dali. W miasteczku jest tanio i na każdym rogu można dostać wyśmienite jedzenie w dobrej cenie. Restauracje wystawiają cały swój świeży asortyment na ulicy. Warzywka, kurki i w pływające w misie rybki. Zaraz po przyjeździe poznaliśmy chłopaków z Polski, którzy mieszkają tam już po parę lat (ściskamy mocno!!!). Wieczorkiem piwko i takie tam oraz historie z ostatnich pięciu lat Dali. Następnego dnia spacer po okolicznych wioskach ludu Bai w okolicy jeziora. Po powrocie załapałam się na prywatną lekcję Kung Fu z mistrzem z Shaolin. Sielanka kończy się wieczorem i zaczyna się piekło, wojna na ulicy, śmigus-dyngus ogniem czyli święto ognia. Ulice zapłonęły licznymi pochodniami i ogniskami. Co jakiś czas ogień osmala nogi wzburzony rzuconym nań proszkiem. Wokół gwar i bieganina, unoszą się krzyki. Ciężko przejść przez drogę bez poczucia ognia na sobie. I tylko co jakiś czas łapiemy się za głowę - czy mamy jeszcze wszystkie włosy? Całą sytuację policja obserwuje z chińskim spokojem. Płomienie buchają to z lewej, to z prawej. Co niektórzy kryją się za kolorowymi maskami. Dziki tłum tańczy wokół ogniska. Szał płonących pał i dzieci machające beztrosko rozżarzonymi drągami. W końcu gdy wszystko nieco ucicha, zostaje tylko pogorzelisko, a my po uraczeniu się najlepszymi w życiu szaszłykami, przenosimy się do knajpki i impreza trwa dalej, że hej! Towarzystwo wielokulturowe wyborowe. Szanghajski DJ i jego rytmy, a my sobie dogrywamy na bębnach i tamburynie wraz z tutaj osiedloną legendą perkusji. Nie ma podziałów, każdy traktowany jest jak stały bywalec.
I na tym chyba opowiadanie zakończę... hihi... ...piwko... tequilla... bar stawia... limonkowe coś... wino śliwkowe... DJ stawia... Ogień bucha w szybę... znów bar stawia... tańce... bar stawia znów... Emilka ląduje za barem... gin... impreza dogorywa... guesthhouse zamknięty (znów)... puk puk... nic... no to wracam na piwko... Emilka dostaje wygodną ławę w barze... :P:



pośród dalijskich chwastów

5 komentarzy:

  1. Oj, dziewczyny co za wolność i swoboda :):):), pozdrawiam. Mam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj ..Oj Emilka piwko . gin , winko..no no

    OdpowiedzUsuń
  3. mimo braku treningu glowa daje rade :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Hohoho, to się działo w tym Dali :D dobrze że nie skusiłyście się żeby tam zostać na stałe ;p

    OdpowiedzUsuń
  5. ciezko bylo wyjezdzac, oj ciezko

    OdpowiedzUsuń