niedziela, 17 lipca 2011

Wielki Budda w Leshan

17 lipca
Do miasta Leszan mamy niedaleko, więc bagaże zostawiamy w Emei town. I tak stąd mamy pociąg do Panzhihua. Trasa została zmieniona, ponieważ droga przez Kanding i Litang jest nieprzejezdna z powodu ulewnych deszczy. Jest to część Tibetan Sichuan Highway, która jest w bardzo kiepskim stanie, jednakże jest trasą bardzo malowniczą.
Będziemy starać się dostać do Shangri-la od południa. Tymczasem Bartek postanowił udać się do Tybetu.
Buddę znaleźliśmy w miarę szybko, a wraz nim tłum turystów. 71-metrowa statua wciśnięta w stromy, czerwony klif spogląda na panoramę miasta po drugiej stronie rzek Dadu i Min. Sama stopa Buddy ma 8,5 metra! Wejście znajduje się w malowniczym parku pełnym pomniejszych statui, kolorowych pawilonów i świątyń. Znów całe piękno zostaje zmącone tłumem rozwrzeszczanych chińskich turystów. Już nawet proszeni o pozowanie do zdjęć mamy dość. Z czasem popularność zaczyna męczyć. Jeszcze się okazuje, że do Buddy prowadzi dłuuuuugaaaa, zatłoczona kolejka. Eh! Trzeba Buddę zobaczyć. Czekałyśmy chyba godzinę w gęstym tłumie. Można było się udusić.
Nawet po przejściu ostatecznych bramek tłum nie zelżał i schodziłyśmy tak po stromym klifie rozbijając się w tłumie łokciami, by zrobić fotę. Na samym dole majestat Buddy naprawdę powala. Nie sięgamy paznokci u jego stóp! Po powrocie do Emei idziemy na pociąg. Trzeba się ustawić na peronie przed innymi. Nie udało nam się kupić biletów na sypialny wagon (nie było już od dawna), więc trzeba walczyć z Chińczykami o miejsce siedzące w hard seacie. W środku nawet nie było o co walczyć.
NIE MA MIEJSC!!! A przed nami 12 godzin jazdy!!!
Minuta zwątpienia, ale zaraz macha do nas parę rąk, że pomogą znaleźć miejsce na plecak. Po chwili pani obok oferuje mi miejsce koło siebie. Asię bierze do siebie jakaś parka. Po chwili Magda ląduje miedzy jakimiś paniami niedaleko nas. SIEDZIMY!!! Jest dobrze.
Pokazuję swojej sąsiadce zdjęcia z mojego aparatu, a ona zapoznaje mnie z całą swoją rodziną na ponad 500 zdjęciach ze swojej komórki. Jej babcia ma 103 lata i wygląda na całkiem dziarską osóbkę. Asia dzieli się zdjęciami tak samo, a Magda uczy się chińskiego. Noc jakoś minęła. O 2:00 zwolniły się miejsca i mogłyśmy się względnie wygodnie położyć. Podróż jednak się wydłuża. Ostatecznie pociąg miał dwie godziny opóźnienia. Panzihua to wielkie, brudne, głośne i raczej nieprzyjemne miasto na granicy prowincji. Przedostajemy się na następny dworzec i z biegu wpadamy w autobus do Lijiang.
Miał jechać 4 do 5 godzin...
JECHAŁ 9!!!
Zaczyna padać deszcz.
Opuściłyśmy już czysty i w każdym calu remontowany Sichuan.
Yunnan wita nas ledwo przejezdnymi - często pozbawionymi asfaltu - drogami, rozsypującymi się przy drodze restauracjami i zapierającymi dosłownie dech w piersi zbiorowymi toaletami. Jesteśmy już 24 godziny w drodze, a to jeszcze nic...


taki widok ma Budda

tak to jest taaaaa kolejka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz