środa, 20 lipca 2011

Wąwóz skaczącego tygrysa i "du ju nida horsa?"

Rano już nie padało, ale do wąwozu pojechaliśmy zaciskając kciuki by pogoda się utrzymała i żeby nas do wąwozu wpuszczono, ponieważ z powodu bezpieczeństwa szlak po ulewach jest zamykany. Później przyszło nam się przekonać dlaczego. Pogoda udała nam się wyśmienicie. Było gorąco. Aż za gorąco. Duże plecaki zostawiłyśmy zaraz za bramą w Jane's GH za free. Po paru krokach asfaltem pan na czymś osłowato-koniowatym wskazał odbicie na szlak, po czym poszedł za nami. I tak już z nami pozostał.
Jak myśmy się zatrzymywałyśmy - on też się zatrzymywał. Na początku było nawet miło, bo służył nam za przewodnika oraz chętnie pozował. Nawet fajkami częstował. W końcu po którymś podejściu wyciągnął mapę i pokazał, że jeszcze daleko, i może chcemy na konia. I się zaczęło. Co paręset metrów ktoś pyta łamaną angielszczyzną, czy nie trzeba konia, a nasz przymusowy towarzysz pilnuje nas jak oka w głowie i czeka, aż któraś padnie. Plecaki też może powieźć. Nie, nie. My, dzielne dziewczyny, wyjdziemy same. Robiło się to coraz bardziej nieprzyjemne. Nawet w krzaki nie było jak uciec z takim przyklejonym panem. Każda grupka na trasie eskortowana była tak samo jak my. A szlak nie dość, że przez końskie kopyta zniszczony - to jeszcze cały pokryty końskim łajnem. Tak Chińczycy już mają, że nie rozumieją, po co my się w ogóle wysilamy. Nie ma kolejek linowych, sklepów z pamiątkami czy wielkich zabytków - tylko natura, piękne widoki i cisza. Nic, co by kręciło standardowego Chińczyka. Dlatego też na szlaku nie ma tłoku i w większości podróżują biali.
A białe towarzystwo wyborowe - brak niedzielnych turystów. Po ludzkiej dżungli w Emei shan i Leshan tego spokoju nam brakowało. I ceny normalne. W końcu nawet tubylcy z końmi dali za wygraną. Widać do szczytu niedaleko. Za szczytem kanion otwiera się w swej całej okazałości. Chcemy zrobić fotę, a tu już ktoś za nami krzyczy i wskazuje na tablicę zapisana w koślawym Chinglish. Fota 8 y od osoby. Nic, idziemy dalej. Trasa jest coraz bardziej widokowa. Po prostu obłęd! Wędrujemy dalej kamienisto-błotnistym stokiem. Ani okrucha barierki, dobrze, ze nie jest mokro i ślisko, bo by można było polecieeeeeeć....... Wieczorem zatrzymujemy się w Guesthousie Tea Horse. Klimatyczne miejsce z tanimi łóżkami i z pięknym widokiem na skaliste ściany kanionu. Najlepszy widok z dachu toalety no i z toalety. Uświadomiłyśmy sobie z Magdą, że mija drugi miesiąc naszego podróżowania, więc obowiązkowo piwko za kolejne naście miesięcy. Dnia drugiego spacerowym krokiem dochodzimy do Tiny na lunch. Chcę jeszcze zejść z Asią na dno kanionu, ale wszyscy nas straszą ze ostatni bus do Qiatou odjedzie jak się zapełni, czyli za niedługo, a nasza wycieczka jest na 2 godziny. Cóż - zaryzykujemy. Ścieżka oczywiście 10 y, bo prywatna. Ale warto. Nie dość, że widoki na strome skały z dołu powalające i woda kotłuje się wokół nas dziko, to sama ścieżka jest prawdziwym parkiem zabaw dla dużych dzieci pragnących wrażeń.
Stromy szlak po kamieniach. Czasem trudno powiedzieć: ułożonych, czy raczej zrzuconych w coś na kształt schodów, z rzadka zabezpieczony jest od strony zbocza drutem nawiniętym na wbite w ziemię pręty. Dodatkowo zbite z desek drabinki i platformy. I ta jedna - przy której się aż w głowie kręci - drabina.
Eh! :P W Europie by to nigdy nie przeszło. Nawet włoskie ferraty nie mogą się pochwalić taką drabiną z takim widokiem. A tu jest!
Bez żadnych zabezpieczeń. Ot, idzie sobie w dół/górę przyklejona do pionowego zbocza. Czad!  Z powrotem na górze pytamy chińską wycieczkę o transport do początku kanionu, ale nie chcą nas zabrać. Jest po 18:00. Pytamy w GH-ach, ale nic już nie jeździ i możemy tylko busa wynająć za 100 y. Decydujemy się iść drogą i może coś złapiemy, a jak nie to za niecałe 6 godzin powinnyśmy dojść do Qiatou :P. Po ok. 15 minutach marszu zatrzymuje się mały busik zapełniony panami wracającymi z robót drogowych. Z tyłu jest miejsce wśród farb i sprzętu. Chcemy się już tam załadować, ale panowie mówią nie i zwalniają nam dwa miejsca z przodu. Jest nam bardzo miło. W środku spodziewałyśmy się zapachu męskiego potu - a tu nic. Nawet panowie powstrzymywali się od tak popularnego tu plucia. Chcieliśmy im zapłacić, ale nie przyjęli kasy. Wieczorem piwko u Jane po kolejnym udanym dniu w Chinach.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz