wtorek, 19 lipca 2011

Shangri-la

Kiedy odkryto, że niewielkie miasteczko Zhongdiam posłużyło za pierwowzór Shangri-la w powieści "Zaginiony horyzont", szybko zyskało na popularności i rozrosło się w zawrotnym tempie. W 2007 roku nazwę oficjalnie zmieniono. Etnicznie przynależące do Tybetu miasto położone jest na wysokości 3300 m. n.p.m. pomiędzy malowniczymi górami. Dla nas to już nie problem. Do wysokości przyzwyczailiśmy się w Xiahe i Langmusi. ale inni łapią tu bardzo szybko zadyszkę. Okolica obfituje w niezliczone możliwości trekkingowe - oczywiście w odpowiednich cenach.
Większość turystów, którzy nie mogą jechać do Tybetu, przyjeżdża właśnie tutaj. by poczuć trochę tybetańskiej kultury. Jednak na nas nie robi to miejsce wielkiego wrażenia. To raczej jakieś nieporozumienie. W Xiahe i Langmusi, które są położone w rejonie zwanym Małym Tybetem, Tybetańczycy tworzyli dumną większość. Tutaj ta kultura jest silnie skomercjalizowana i ściśle związana z turystyką. Tylko nieliczni noszą typowe tybetańskie stroje - w dodatku często w połączeniu z ubraniami zachodnimi. Czasem ograniczając się do symbolicznego szalu w kolorze fuksji zawiniętego wokół czapki z daszkiem. Zapijaczona młodzież wytacza się z głośnej dyskoteki. Eh, gdzie te tybetańskie ciacha, na których zdjęcia polowałyśmy w Xiahe. Mimo tego miasteczko jest przyjemne, a ludzie mili. Przyjechałyśmy po 21:00, bo autobus znów jechał dłużej niż powinien. Nocleg był już zarezerwowany i w guesthousie czekano na nas z otwartymi ramionami. Postanowiłam jeszcze przejść się po starówce. W porównaniu do Lijiang tutejsza starówka to oaza spokoju. Wygląda także bardziej staro i naturalne. Spacer się trochę przedłużył, ale nie było późno, coś około północy. Tymczasem patrzę, a w GH ciemno... I przekonałam się na własnej skórze: w Chinach nie całuje się klamki tylko kłódkę. Wielkie dwuczęściowe drewniane drzwi rozsunęły się tylko na nieco więcej niż 10 cm mocno złączone wielką kłódą. Gruba nie jestem, ale to za mało. Zaczęłam delikatnie pukać w szybę - nic... Coraz mocniej... Nic. Sprawdziłam okna... nic. Eh... pukam. Z łazienki wyszła Magda - jest ratunek. Przeszukała pomieszczenie, ale klucza nie ma. Nie wiadomo gdzie śpią pracownicy. Może przez taras? Ale taras to na wysokości ponad dwóch Emilek, a ja jestem jedna i w dodatku w spódnicy. Cóż, wdrapałam się na pobliski stos drewna... Nic. Nawet nie ma się czego złapać. Dziewczyny z góry wyciągają ręce. Sytuacja jest mimo wszystko zabawna, więc się śmiejemy. Mówię dziewczynom, żeby mi pościel zrzuciły, to się prześpię na zewnątrz. Noc jest ciepła. W końcu zdecydowałyśmy zapukać do pierwszego lepszego pokoju. Zwycięstwo! Kłódka padła chwilę później. Rano Asia pojechała z poznaną z GH Litwinką Getą na step. Dzięki znajomości przez dziewczynę chińskiego udało im się wejść do tybetańskiego domu i zakosztować tybetańskiej kuchni.
Pozdrawiamy Getę serdecznie! Tymczasem ja z Magdą, po załatwieniu paru spraw organizacyjnych, chłonęłyśmy klimat miejsca relaksując się na tarasie naszego GH z widokiem na miasteczko. Wdrapałyśmy się na pobliską świątynię i kosztowałyśmy tybetańskich specjałów na miejscowym targu. Na całej trasie nie jadłam lepszej zupy. Wieczorem chińscy studenci pracujący w naszym GH zabierają nas na tybetańskie tańce pod malowniczo oświetloną świątynie. Tutaj także znajduje się jeden z największych młynów modlitewnych. Zabawa była przednia. Szybko łapałyśmy krok. Przed powrotem chciałyśmy jeszcze skoczyć po piwko. Oczywiście poza starówkę, bo tu drogo. Byliśmy już pod sklepem, a tu jak chlusnęło deszczem, tak już lało i lało. Jeden z pracujących w GH studentów zadzwonił, że przyjdą po nas z parasolami. Mimo parasoli wróciłyśmy mokre - za to w GH cieplutko i jeszcze elektryczny kocyk pod pupą w łóżku. Sama przyjemność.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz