poniedziałek, 18 lipca 2011

Lijiang

Centrum chińskiej turystyki, malowniczo położone wśród gór, podzielone jest na nowe i stare miasto. Choć stare to tylko z nazwy i trochę na stare zrobione. Taka już moda na budowanie starówek w każdym mieście. Dostajemy się tu busem z dworca i szukamy noclegu. Zaczyna się nieciekawie, ale mamy jeszcze parę tanich opcji z przewodnika.
Zaczyna padać znów i robi się ciemno; już jest grubo po 21:00.
Zagłębiamy się w rozświetlone, mokre Old City. Wokół setki sklepików, restauracji i klimatycznych pubów ze smętnie grającymi przystojniakami (jak na Chiny). Drewniane budynki świecą się na złoty kolor. Na głównym placu wielkie dyskoteki, radość i dobra zabawa. Tylko nam nie jest do śmiechu. Deszcz jest coraz silniejszy. Odwiedziliśmy już dziesiątki Innów i Guest Housów - jeśli jest miejsce, to ceny zabijają na miejscu: 260 y za dwójkę i więcej. W hostelach nie ma miejsc. Okazało się, że jest jakieś tutejsze święto... Jakie święto?! Akurat sprawdzałam ostatnio.
Cóż. Mamy wrażenie, że już chodzimy w kółko. Wszystko jest bardzo do siebie podobne. Tracimy powoli nadzieję. Przystanęłyśmy na chwilę w ciemnej uliczce, by pozbierać myśli i zebrać się w sobie. Wtem z jeszcze ciemniejszej uliczki wyskakuje zadyszana ludzka postać. Nieznajomy zapytał po polsku (?!) czy szukamy noclegu. Westchnęłyśmy załamane twierdząco i chuda tajemnicza sylwetka zniknęła w ciemności. Postanowiłyśmy wrócić do hostelu i błagać o podłogę. Po drodze zadyszany człowieczek znów wyskoczył na nas znikąd. "Mam za 200, może coś się utarguje". Dla nas jednak drogo, ale w ostateczności... Postać wyparowała ponownie, ale po chwili tuż za rogiem zdyszanazmaterializowała się z ciemności. "Jest dwójka za 100 i możecie spać tam we trzy". Bierzemy! Jaka ulga. Jest pokój do spania w dodatku z ciepłym prysznicem. Koniec ponad dwudziestoczterogodzinnej tułaczki. Tymczasem nasz bezimienny zbawiciel zniknął i słuch o nim wszelki zaginął. Zrzuciłyśmy plecaki - trzeba jeszcze znaleźć nocleg na jutro. Po długich poszukiwaniach już resztką sił wybłagałyśmy nocleg u Mamy Naxi. Dziewczyny poszły spać. Ja jednak by ukoić emocje poszłam na piwko. Trafiłam na bardzo fajną grupę studentów i chińskie gry piwne toczyły się do późna w nocy. Następny dzień spędziliśmy na zasłużonym relaksie. Spacery po klimatycznej choć zatłoczonej starówce i oczywiście godzinny masaż całego ciała - obowiązkowo. Wieczorem tłum wzmógł się straszliwie. Panował wręcz dziki chaos. Mimo już większej ilości białych w tej okolicy wciąż ktoś prosi mnie o zdjęcie. Eh. Wzdłuż kanału gdzie znajdowały się knajpki - jedna przy drugiej - nie dało się przejść. W każdej inne show i wszystkie starały się nawzajem zagłuszyć. Klienci dodatkowo dostawali drewniane bloczki, by nimi walić w stół w rytm muzyki, czy czyjegoś nawoływania, albo ot tak sobie. Im głośniej i tłoczniej, tym lepiej - takie już są Chiny.
Ostatniego dnia ludzie po prostu zniknęli, a co nas bardziej cieszyło, ceny spadły drastycznie w dół. Spódnica, która wcześniej kosztowała 150 nagle kosztuje 45 i jeszcze da się stargować.
Jak na kobiety przystało, wpadłyśmy w zakupowy szał. Zamieniłyśmy nasze backpackerskie bojówki i wyciągnięte już koszulki na kolorowe kiecki, alladynki i haftowane bluzeczki.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz