piątek, 1 lipca 2011

Granica mongolsko-chińska czyli terenowy wyścig w stronę tęczy

29 czerwca
Jak przekraczać granicę to z fasonem, niestandardowo, z piskiem opon i hukiem fajerwerków. Dzień wcześniej zapakowaliśmy się do pociągu relacji Ulaan Batar - Zamyn Uud. Po 15 godzinach jazdy dotarliśmy do granicy mongolsko-chińskiej. I zaczęło się.Ostra jazda bez trzymanki. Dosłownie!

Już z okien pociągu widzieliśmy mnóstwo ruskich łazików, które jak tylko kierowca zgarnął pasażerów ruszały do granicy pozostawiając za sobą tylko chmurę kurzu. Nas szybko wyhaczył właściciel jasnoszarego auta. Zostaliśmy wręcz siłą wepchnięci do auta. W biegu ustaliliśmy cenę 50 yuanów za osobę, chwilę później dołączyła młoda Mongołka i rura!!! Jak najszybciej do kolejki przez wertepy!!!
Wszyscy wszystkich pilnują, co niektórzy próbują się wepchnąć do kolejki na bezczela, klaksony, pokrzykiwania, normalnie western. W kolejce zderzak przy zderzaku i nikt się nie wciśnie. Nasz kierowca kombinuje jak może, żeby być pierwszym w sznurze łazików, w międzyczasie przegryzając drugie śniadanie. Potrzeba duuuużooo energii na takie akcje. W jednej rączce miseczka z czymś mlecznym, a druga na kierownicy.
W międzyczasie, gdy kierowca załatwiał coś w tłumie, zostaliśmy porwani wraz z samochodem przez młodego celnika i wywiezieni na pobocze. Kierowca pogroził młodemu służbiście, wsiadł i pognał znów wzdłuż kolejki. Dziwnym trafem wysuwamy się na prowadzenie tego peletonu. Do granicy przyjeżdżamy po przekroczeniu dwóch szlabanów.
O co tu chodzi?
Kontrola paszportowa po stronie mongolskiej całkiem szybko i do auta. Teraz kierujemy się przez pas ziemi niczyjej w kierunku tęczy i wysokich budynków na horyzoncie. Tu zaraz wzbudzamy zainteresowanie urzędnika, padają pytania z jakiego kraju jesteśmy, gdzie w Chinach będziemy... Wywiad działa. Każe nam iść za sobą... i co teraz? Uciekać nie ma gdzie.
Jeszcze w lekkim osłupieniu zostajemy rozstawieni na początku trzech różnych kolejek. Wbili nam stempelek wjazdowy - jesteśmy w Chinach. Huraaaaa!!!.
Erlian - chińskie miasto przygraniczne - nowoczesność bije po oczach. Po Mongolii to inny świat. Jest asfalt ;-). Najpierw kasa. Pierwsza próba wyciągnięcia ze ściany nieudana.
Nie kumamy. Mnie wyskoczył dziwny komunikat, szybko zabieram kartę, a Emilce hmmmm już
słychać szum liczonych pieniędzy i... tylko kwitek, a kasy niet. Upssss...
Zaraz przyszła kobitka z obsługi banku i pokazała na potwierdzeniu, że anulowana transakcja.
Ufffff! Chwila stresu.Tymczasem wokół nas zbiera się ładny tłumek. Każdy chce pomóc ale my i tak nie wiemy: o co chodzi? Idziemy do innego banku. Udało się, ale dla Bartka nie wystarczyło kasy. Na szczęście w mieście jest sporo bankomatów. Teraz musimy znaleźć dworzec. Dobrze, że mam słownik angielsko-chiński. Młody Chińczyk chce nam pomóc i zaprowadza nas pod sam dworzec. Oferuje pomoc w kupnie biletu. Wszystko idzie jak po maśle: Hohhot o 12:30, mamy ponad godzinę do odjazdu. Super! Chińczycy są pomocni od początku do końca. Do Hohhotu dojeżdżamy na ok. 19:00 z godzinnym opóźnieniem. Stolica Wewnętrznej Mongolii ma ok. 1,5 mln mieszkańców. Zaledwie - jak na Chiny... ;-)
Od razu idziemy na dworzec kolejowy, ustawiamy się (ja i Emilka) w dwóch kolejkach. Zobaczymy która pierwsza dotrze do kasy. Udało nam się kupić bilety do Baotou na 5 rano.
Stojąc w kolejce poznałyśmy czarnoskórego Anglika. Uczy angielskiego w jednej ze szkół, jutro
wyjeżdża do Pekinu, zaproponował nam nocleg u siebie - couchsurfing.
W międzyczasie kontaktuje się z nami moja kumpelka Asia. Ma kłopot z dotarciem, ale daje radę. Jest w Jining. Jakis tajemniczy pan eskortuje ją osobiście z samego Pekinu w najwyższej klasie do naszych rączek. Ekhmm ekhmm... Będąc u Denisa dostaliśmy info od niej, że będzie ok. 22:30 w Hohhot. Szybko się zebraliśmy, żeby zdążyć kupić jeszcze jeden bilet i odebrać ją. Akcja bilet z odbiorem Asi zakończona sukcesem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz