sobota, 16 lipca 2011

Emei Shan

13-16 lipca
Wznosząca się na wysokość 3077 m jedna z czterech słynnych gór buddyjskich w Chinach. W gęstym lesie ukrytych jest mnóstwo świątyń, a po ścieżkach hasają tybetańskie makaki. Na szczyt prowadzi parę ścieżek wyłożonych betonowymi schodami, a tych schodów jest trochę gdyż wspinaczka zaczyna się od około 550 m. n.p.m. Przed odważnymi ponad 2500 m w górę.Jeszcze czuję moje nogi. Auć!
Góra jednak nie zachowała swojego mistycznego charakteru. Większość świątyń jest bardzo skromna i raczej pusta, a obok złotego posągu buddy sprzedaje się wodę, jedzenie i pamiątki. Każdy płaski kawałek ziemi na stromych zboczach został zajęty przez sklepy z pamiątkami i knajpki z jedzeniem. Jeśli sobie wyobrazić tłum ze ścieżki na Morskie Oko, dodać i umieścić ich na kopcu Kościuszki, to tak właśnie wygląda Emei shan. Taka sama rewia mody. Nikogo tu nie dziwią szpileczki, sukieneczki czy japonki. Zresztą jeśli ktoś nie da rady iść albo mu się nie chce - może zostać wniesiony na specjalnym leżaku. I po co się wysilać?!
Na szczęście rzadko Chińczycy zapuszczają się daleko od przystanku czy miejsc, gdzie działa kolejka linowa. Głównie stare babuszki i poczciwi dziadziuszkowie pielgrzymują przez cały szlak. Co jakiś czas wznosząc swój kciuk w górę na znak aprobaty, że my też się męczymy po tych schodach. Na samym dole upał daje się ostro we znaki. Topię się. Dziungla i Chińczycy hałasują niemiłosiernie. Nie wiadomo, kto kogo stara się przekrzyczeć. Ten naród po prostu nie znosi ciszy. Zawsze i wszędzie krzyczą, rzadko kto mówi normalnym tonem. Tak już jest i cóż. I oczywiście w lesie im za cicho, więc z ukrytych w zieleni głośników wydobywa się na szlaku muzyka. Przynajmniej bardzo stonowana, ale miejscami - jak wszystko w Chinach - za głośna! Po 6 godzinach męczącej wspinaczki, we względnym spokoju od tłumu, za to wśród cichego pojękiwania zrozpaczonych kolan, dochodzimy do kolejnego przystanku autobusowego i kolejki linowej.
Znów tłum! Do szczytu jeszcze 1.5 godziny i trzeba znaleźć nocleg. Najlepiej na samej górze, by rano zobaczyć osławiony magiczny wschód słońca ponad chmurami spowijającymi niższe partie góry. Coraz bliżej szczytu jesteśmy coraz bardziej załamani. Nie ma noclegu - no chyba ze za ok. 200 zł za osobę! W klasztorach, gdzie nam mówiono. że można spać, nie chcą obcych. Dodatkowo zmęczenie robi swoje. Nawet zdobycie szczytu i majestatyczny widok na morze chmur pod nami zostało przyćmione przez ogólną sytuację. To teraz w dół. Znów po tych %&$&#@&$ schodach. Już się zaczęło ściemniać i Magda pisze, że znalazła miejsca w klasztorze nieco powyżej parkingu. Ufff! Nieważne nawet jakie łóżko - byleby łóżko. Ząbki i idziemy spać.
Rano zdecydowałam się pójść mimo wszystko jeszcze raz na szczyt na wschód słońca. Wyruszyłam samotnie o 4:00 i poszłam w ciemną noc, kolejny raz wlokąc nogi po znienawidzonych schodach.
Na górze przyłączyłam się do grupki Francuzów i Chińczyków. Razem przy wódeczce i orzeszkach czekaliśmy na słońce. Z czasem na szczycie zaroiło się od ludzi z pobliskich hoteli. Wiele osób w kurtkach z hotelowych wypożyczalni. Przez mgłę i ogólnie zachmurzone niebo wschód nie był taki, na jaki czekaliśmy, ale mimo wszystko kiedy słońce wydostało się spod granicy chmur i rozlało po horyzoncie, wszyscy wydali okrzyk i było spektakularnie. Kiedy wróciłam - prawie wszyscy spali, tylko Magda już zaliczyła poranną herbatę. Po śniadaniu po #%&#& w dół. Jeszcze się trzeba przedostać przez tłum leniwych Chińczyków. Oj, byleby do przystanku poniżej już się nikt nie zapuścił. Nie pomyliliśmy się. Po pewnym czasie schodzenia odbijamy z wczorajszej ścieżki na nowy szlak. Dziś jest lepsza pogoda. Nad gęstym lasem porastającym strome zbocza unoszą się mgły. Szlak jest bardzo malowniczy. Co jakiś czas widzimy wodospad albo z zieleni wyłania się naga ściana. Nawet świątynie jakieś dziś bardziej urokliwe. Tylko ta muzyka w lesie przyprawia o ból głowy i #%$@$ schody... Wrrr!!! Doszliśmy do miejsca gdzie są małpy. Eh - te przebiegłe żmije. Jedna pozuje, a tu druga od tylu hop i można zostać bez torby lub czapki. Albo wystarczy się odwrócić od niewinnie wyglądającej małpki tyłem i hop - Magda ma makaka na głowie. Trzeba uważać. Na samym dole znów tłumy turystów. Specjalnie wybudowano zataczający okrąg niedługi szlak z mostkami wiszącymi, żeby Chińczycy mogli sobie "połazić po lesie" albo zostać poniesionymi. Sceneria przepiękna: wodospady, jeziorka, klimatyczne mostki i pawilony, ale w tym tłumie nic nie cieszy. Jak się stąd wydostać?! Po ciężkiej przeprawie przez tłum wracamy do wioski pod górą - Baoguo. Wioska malutka, urocza, kolorowa nawet w nocy. Wszędzie światełka. Również - jak i góra - tłoczna i pełna turystów, którzy się wręcz wylewają z każdej restauracji, sklepu, ulicy. Eh! Odbieramy plecaki, które zostały w Teddy Bear hotel i idziemy do naszego nowego hotelu. Tu wspaniałe luksusy za dobrą cenę. Należy się nam po tej wspinaczce. W Teddym, w którym spaliśmy poprzednio, Andy stworzył prawdziwe centrum backpackerskie z przystępnymi cenami za wygodne pokoje i pełną turystyczną informację. Człowiek zawsze chętny pomóc.
Jednakże reszta obsługi pozostawia wiele do życzenia. Wykonują swoją pracę, jakby nienawidzili jej z całego serca i nie podzielali sposobu prowadzenia hotelu przez Andiego. Przed snem jeszcze kolacja. Jak zwykle udajemy się poza obręb turystycznego Baoguo. Tu możemy znaleźć miejscowe jedzenie w przystępnej cenie. Nie mamy pojęcia co zamówić z chińskiego menu, a umieramy z głodu. Patrzymy na pobliski stolik: micha ryżu i parę talerzy z daniami warzywno-mięsnymi. Bierzemy to... to wszystko... i piwko. Mniaammmm!...







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz