sobota, 30 lipca 2011

Kunming i Shi lin

W stolicy prowincji Yunnan jesteśmy zmuszeni zostać parę dni ze względu na czas wyrabiania wizy do Wietnamu. Magda znalazła nam bardzo przyjemny hostel: The Hump, położony w samym centrum przy wielkich pawilonach i galeriach. Na tarasie można się zrelaksować i podziwiać tańczące na placu poniżej grupki. W nocy okolica rozbłyska kolorowymi neonami. Jak to w Chinach bywa, znalazł się nawet targ z jedzeniem.

czwartek, 28 lipca 2011

DALI!!!!! Ah Dali, Dali......

Oryginalnie "funky banana-pancake backpacker hang-out in Yunnan", jak pisze Lonely Planet, było miejscem do wyluzowania się, wciśniętym między góry a jezioro Erhai. Po prostu bajkowo! Albo raczej nie - bo nie ma w tym miejscu nic słodkiego czy uroczego. Tylko surowa prostota i wręcz bezczelna wolność, która sprawia, że ludzie z całego świata decydują się tu zostać na parę miesięcy, lat, a nawet na całe życie. Najazd dość oryginalnych białych, którzy odkryli tutaj miejsce dla siebie, sprawił, że Dali żyje dziką mieszaniną kultur. Tego się nie da opisać. To trzeba poczuć, przeżyć, przepić...

środa, 20 lipca 2011

Wąwóz skaczącego tygrysa i "du ju nida horsa?"

Rano już nie padało, ale do wąwozu pojechaliśmy zaciskając kciuki by pogoda się utrzymała i żeby nas do wąwozu wpuszczono, ponieważ z powodu bezpieczeństwa szlak po ulewach jest zamykany. Później przyszło nam się przekonać dlaczego. Pogoda udała nam się wyśmienicie. Było gorąco. Aż za gorąco. Duże plecaki zostawiłyśmy zaraz za bramą w Jane's GH za free. Po paru krokach asfaltem pan na czymś osłowato-koniowatym wskazał odbicie na szlak, po czym poszedł za nami. I tak już z nami pozostał.

wtorek, 19 lipca 2011

Shangri-la

Kiedy odkryto, że niewielkie miasteczko Zhongdiam posłużyło za pierwowzór Shangri-la w powieści "Zaginiony horyzont", szybko zyskało na popularności i rozrosło się w zawrotnym tempie. W 2007 roku nazwę oficjalnie zmieniono. Etnicznie przynależące do Tybetu miasto położone jest na wysokości 3300 m. n.p.m. pomiędzy malowniczymi górami. Dla nas to już nie problem. Do wysokości przyzwyczailiśmy się w Xiahe i Langmusi. ale inni łapią tu bardzo szybko zadyszkę. Okolica obfituje w niezliczone możliwości trekkingowe - oczywiście w odpowiednich cenach.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Lijiang

Centrum chińskiej turystyki, malowniczo położone wśród gór, podzielone jest na nowe i stare miasto. Choć stare to tylko z nazwy i trochę na stare zrobione. Taka już moda na budowanie starówek w każdym mieście. Dostajemy się tu busem z dworca i szukamy noclegu. Zaczyna się nieciekawie, ale mamy jeszcze parę tanich opcji z przewodnika.

niedziela, 17 lipca 2011

Wielki Budda w Leshan

17 lipca
Do miasta Leszan mamy niedaleko, więc bagaże zostawiamy w Emei town. I tak stąd mamy pociąg do Panzhihua. Trasa została zmieniona, ponieważ droga przez Kanding i Litang jest nieprzejezdna z powodu ulewnych deszczy. Jest to część Tibetan Sichuan Highway, która jest w bardzo kiepskim stanie, jednakże jest trasą bardzo malowniczą.
Będziemy starać się dostać do Shangri-la od południa. Tymczasem Bartek postanowił udać się do Tybetu.

sobota, 16 lipca 2011

Emei Shan

13-16 lipca
Wznosząca się na wysokość 3077 m jedna z czterech słynnych gór buddyjskich w Chinach. W gęstym lesie ukrytych jest mnóstwo świątyń, a po ścieżkach hasają tybetańskie makaki. Na szczyt prowadzi parę ścieżek wyłożonych betonowymi schodami, a tych schodów jest trochę gdyż wspinaczka zaczyna się od około 550 m. n.p.m. Przed odważnymi ponad 2500 m w górę.Jeszcze czuję moje nogi. Auć!

środa, 13 lipca 2011

Chengdu

11-13 lipca
Ponad czteromilionowa stolica Sichuanu okazała się bardzo przyjaznym miejscem. Mimo wielkich wieżowców i wręcz europejskich standardów miasto zachowuje ciepły azjatycki klimacik. I jest mimo wszystko - jak na Chiny - spokojne. W porównaniu do miast na północy jest także czysto. Zanika już tu w Siczuanie tradycja wyrzucania śmieci na ulicę, podłogę, w autobusie itp. tak typowa w miastach, które widzieliśmy po drodze. Niedaleko za dworcem znaleźliśmy Trafik Hostel, ale żądali nienormalnych cen za łóżko w dormie.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Park Narodowy Jiuzhaigou, czyli nad Morskie Oko po chińsku

10 lipca
Kolejna serenada klaksonów dowozi nas pod bramę parku. Spodziewałyśmy się tłumów, ale nie aż TAKICH! I do tego jeszcze pada. Ech!
Całą szóstką pakujemy się do parkowego autobusu i jedziemy do pierwszej atrakcji.
Jeśli ktoś myśli, by zaoszczędzić 90 Y i nie kupić biletu, niech pomyśli jeszcze raz. Tu odległości między atrakcjami są olbrzymie.

niedziela, 10 lipca 2011

Songpan i podróż na tysiąc klaksonów

9 lipca
Z Xiahe autobus zabrał nas spod hotelu o 6:30, głośno klaksonem oznajmiając swoje zbliżanie się, postój i odjazd.
I tak przez cale miasteczko.I tak w każdym miasteczku na całej trasie... Ech! To i tak mało.W Chinach trąbi się wszędzie i zawsze. Kierowcy wręcz z lubością cisną w swoje trąby. Tutaj chyba je tuningują! Dziwię się, że jeszcze nie ma różnych melodyjek jak na dzwonki do komórek.

czwartek, 7 lipca 2011

Langmusi

Na pierwszy rzut oka ot taka wioska otoczona górami.
Po Xiahe to już nie robi wielkiego wrażenia. W głębi wsi jednak odkrywaliśmy coraz bardziej klimatyczne i piękne miejsca.
Nad miastem górują dwa kompleksy świątyń.
Jeden udało nam się zwiedzić za darmo wchodząc od tyłu po obejściu całego wzgórza.

środa, 6 lipca 2011

Klasztor Labrang - Xiahe

Jeden z największych klasztorów. Zamieszkuje go ok. 1200 mnichów. Wybrałyśmy się na zwiedzanie we trzy (ja, Emilka i Asia) i od razu znalazłyśmy towarzysza wycieczki: chłopak z Mongolii, nasz samozwańczy przewodnik także po buddyjskich zwyczajach. Wręczył nam plik drobnych i wędrowaliśmy drogami pielgrzymów, pozostawiając banknoty pod stupami, posągami Buddy i poprzednich lamów. Dzięki naszemu przewodnikowi zdobywamy zdjęcia z mnichami. W końcu jeden dołącza do naszej ekipy.

wtorek, 5 lipca 2011

Xiahe

Jadąc autobusem z Lanzhou obserwujemy zmieniający się krajobraz: tarasowe poletka na zboczach wzgórz, lasy, góry porośnięte trawą. Czerwona glina tutejszej ziemi miesza się z różnymi odcieniami zieleni. Droga wije się doliną i tak docieramy do tybetańskiego miasteczka Xiahe. Jedna główna ulica, mnóstwo sklepików knajpek, hotelików, sympatyczni i otwarci ludzie w kolorowych strojach.

poniedziałek, 4 lipca 2011

Tianshui i Maiji Shan

Przyjeżdżamy autobusem około 5:30 rano. Chwila na zorientowanie się o co tu chodzi i gdzie jesteśmy. Trzeba się obudzić i odświeżyć po całej nocy w autobusie. Robimy szybką rundkę po mieście. Skromnie tu, ale całkiem przyjemnie. Docieramy w końcu do celu, czyli do Fu Xi Temple. Budyneczek ot, taki sobie - za to okolica niesamowita. Pomiędzy kolorowymi pawilonami i wysokimi chińskimi bramami tańczą liczne grupy pań. W jednym koncie grupa ćwiczy Tai Chi. Gdzieś ktoś wymachuje mieczem, kijem czy wachlarzem.

niedziela, 3 lipca 2011

Yinchuan

1 lipca
Pociągiem nocnym jedziemy do Yinchuan. Konduktor ustawia nas w odpowiedniej kolejce. Pociąg zatrzymuje się dokładnie tak, że przed nami jest wejście do naszego wagonu. Z pomocą współtowarzyszy podróży znajdujemy nasze miejsca. W środku strasznie ciasno, aż 3-piętrowe łóżka. Na miejscu jesteśmy z samego rana. Pogoda nam nie dopisuje - pada.

sobota, 2 lipca 2011

Na bieżąco

Nie odzywamy się ostatnio, ale mamy tu problemy z chińską polityką internetową i żadne produkty Googla oraz Facebook nie działa. Dlatego kiepsko na razie z relacjami, a tym bardziej z załadowaniem zdjęć.
Bardzo przepraszamy.
Jeśli gmail się otworzy od czasu do czasu - to i tak cud.

Klasztor Wudang

30 czerwca
Cholera zaspaliśmy... Zamiast o 4:00 - zerwaliśmy się o 4:30. W kilka minut spakowaliśmy plecaki i szukamy taxi. To wyzwanie o tak wczesnej porze. Jakaś masakra! Prywatny samochód zatrzymuje się... i małżeństwo proponuje nam podwózkę na dworzec. Łapiemy stopa w Chinach! Niewiarygodne! Okazało się, że kobieta mówi po rosyjsku. Boskoooo!

piątek, 1 lipca 2011

Praktyczne informacje o Mongolii

Waluta: tugriki - 1250 MNT - 1$

Bankomaty dla kart visa ogólnodostępne w Ulaan Baatar, pojedyncze dla mastercard między innymi na 5 piętrze Department Store. Dolary można wypłacić w bankach z 1% prowizją za okazaniem paszportu.
Angielski bardzo popularny w miastach, wiele napisów po angielsku.

Granica mongolsko-chińska czyli terenowy wyścig w stronę tęczy

29 czerwca
Jak przekraczać granicę to z fasonem, niestandardowo, z piskiem opon i hukiem fajerwerków. Dzień wcześniej zapakowaliśmy się do pociągu relacji Ulaan Batar - Zamyn Uud. Po 15 godzinach jazdy dotarliśmy do granicy mongolsko-chińskiej. I zaczęło się.Ostra jazda bez trzymanki. Dosłownie!