środa, 8 czerwca 2011

Ulaan Batar

4 czerwca
W UB byliśmy około 19:30. Poznany w autobusie facet zaprowadził nas do centrum czyli placu Suhaabatar. Na nim znajduje się parlament. Do UB Guesthouse trafiliśmy bez problemu. Od razu zaczęliśmy dowiadywać się o objazd Mongolii. Drogo - 900$ za osobę i bez koni, wielbłądów. Jutro idziemy na poszukiwanie lepszej oferty. Hostel dobry, czysty, tylko ciasny. Menadżerka wręcz pedantyczna, a właściciel z zapędami agenta specjalnego CIA.
Chce wiedzieć wszystko o wszystkich, a przy wymeldowaniu całe przesłuchanie - dlaczego i do kogo? Za 3$ można załatwić tu fikcyjne bilety lotnicze i inne papiery potrzebne do wizy chińskiej. W dormie mieszka z nami Słowak - Michal. Rzucił pracę, sprzedał wszystko i w drogę...
5 czerwca
Ruszyliśmy po guesthousach, tych które znaleźliśmy na necie i tak trafiliśmy do Golden Gobi Guesthouse, zaraz za department store. Uugii czyt. jugi, kobieta, która prowadzi ten rodzinny interes, przedstawiła ofertę. Jest git, wszystko jest zawarte na 20 dni: auto, kierowca, paliwo, przewodnik i kucharz w jednym, 3x dziennie jedzenie, konie x2, wielbłądy, bilety wstępu. Cena 820$ przy 5 osobach, pomyślimy... i jesteśmy na tak. A poza tym przeprowadzamy się do tego guesthousu. Atmosfera rodzinna, backpakersi, bardzo sympatycznie. Mama Ugi zwana przez nas Panią Mama zaprasza nas na kawę. Można ogólnie dojść do wniosku, że zna tylko parę słów po angielsku: kawę? Herbatę? Cukier? Mleko? I tak w kółko. Spróbuj siedzieć bez kubka napoju - Pani Mama zaraz się Tobą zajmie.
Samo miasto wywiera niesamowite wrażenie od pierwszego spojrzenia. Choć trudno tu mówić o kontrastach, raczej o ogólnym zamęcie architektoniczno-kulturowo-komunikacyjnym. Zawsze tłoczne, z każdej strony ruch i coś się dzieje. Prawie wszędzie kurz i piach z rozkopanych dróg przez które przejść ciężko. Pozostaje slalom o życie pomiędzy autami. Nikt się niczym nie przejmuje. Klakson w ruch! I trąbią tak jakby od niechcenia bynajmniej nie agresywnie. Może chcąc zachować energię na kolejny i kolejny sygnał i tak bez przerwy. Co parę metrów kobiety w bejsbolówkach owinięte chustami dla ochrony przed kurzem oferują na swoich malutkich stoiskach rozmowy telefoniczne, papierosy i inne drobne produkty. Pomiędzy nimi przemykają modnie ubrani mieszkańcy stolicy. Z klasą pokonują na wysokich obcasach muldy rozkopanych arterii miasta. Bankomatów i banków w życiu tyle nie widziałam. Magda wsadza głowę do kuchni w małej osiedlowej knajpce. Bez obaw - obiad za grosze, wręcz rzeknę pięciogwiazdkowy. W następnej potrawy ze zdjęciami - mamy już rozpracowane całe menu. Niedaleko od pięciopiętrowego zbioru najświetniejszych kolekcji mody i urody dzielnica odkrywa przed nami pojedyncze gery schowane pomiędzy wysokimi budynkami. Szkło i beton modernistycznych budowli miesza się ze skorą i drewnem zakurzonych zagród. Coraz bardziej na zachód przeważa niska zabudowa z gerami, a gdzieś pomiędzy ukryte świątynie buddyjskie - mniejsze, większe i te najbardziej okazałe. Tymczasem zmierzając na południowy wschód, zaraz za świeżo wzniesionymi blokami, pomiędzy wielkimi supersamami odkrywamy rozległy market, na którym kupić można prawie wszystko. Na każdym rogu bar karaoke. W wielu miejscach angielskie napisy. Europejskie twarze szczerzą się z wielkich billboardów. W skromnie zazielenionym parku przy Suchaabatar licznie zgromadzeni mężczyźni grają w szachy. To był długi dzień. Jeszcze szaszłyk z grilla od pani na rogu i do hostelu.
Następny ranek zaczęliśmy bardzo entuzjastycznie, a tu... totalna dupa z wizą do Chin!!! Mają święto i jest closed. Myśleliśmy że damy papiery i w drogę - jutro wyjazd. Dokumenty złożymy po powrocie i zrobimy na rusha, płatne 30$. Mam nadzieję, że wiza będzie za free...
Z plecakami poszliśmy do Golden Gobi, okazało się ze cena 876$, a jedzie nas 6 os. Tylko na 14 dni, a my na Gobi we trójkę. Jeśli znajdzie się ktoś - to zwracają nam do 100$. Byłoby miło. Jeszcze tylko kasę zdobyć, a to nie takie proste. Co czwarty bankomat nie działa i tylko jeden na dziesięć przyjmuje mastercard. Dodatkowo limity wypłat. Ech...
Po dość długich pertraktacjach dostajemy gruby plik gotówki z banku.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz