sobota, 25 czerwca 2011

Płonące klify BAYANZAG czyli poszukiwanie żółwia na pustyni

Jak każda historia z Mongolii i ta zaczyna się od In the middle of nowhere... No właśnie - gdzieś na zupełnym pustkowiu wyłaniają się czerwone skały. To tutaj znaleziono wiele szczątków dinozaurów i skorupy ich jaj. U podnóża - stoiska z pamiątkami i mały ger z napisem muzeum ale zamknięty. Iszka wskazuje nam na horyzoncie jasną linię gerów. Po zejściu mamy iść za drogą (czyt. śladami kół samochodów) aż dojdziemy do wielkiego żółwia w campie turystycznym, a nasze gery będą kawałek dalej. OK!

Po pewnym czasie fotografowania glinianych skał i szukania dinozaurów rozpoczynamy szukanie drogi zejścia z klifów. Przed nami rozpościera się pustkowie. Białe linie gerów w oddali majaczą niczym fatamorgana w rozgrzanym powietrzu i... który to był? I gdzie jest ŻÓŁW? Droga, a raczej drogi (czyt. jak wyżej), wiją się jak parę pijanych węży. Wybieramy najbardziej prawdopodobny kierunek. Jest nieco po 12:00. Chyba w życiu nie widziałam, by słońce było tak wysoko. Iszka mówiła dwie godziny razem z czasem na klifie. Idziemy już dłuższą chwilę... żar leje się strumieniami z nieba, a z nas leje się pot. W lewo pustka, w prawo pustka, z tyłu zarys klifów i tylko przed nami coś... A może to już tylko nadzieja? I najważniejsze: GDZIE JEST ŻÓŁW? Wody zostało już ciut ciut i wtem przyjechał ratunek. I choć już do gerów nie było daleko - miło było zejść z tego słońca. Po drodze w końcu znaleźliśmy żółwia.
ŻÓŁW JEST! w dodatku z zimnym piwem. Po lunchu takie piwko w żółwiu w sam raz. Po prawie dwudziestu dniach w drodze to dla nas luksus pięciogwiazdkowy. Lepiej być nie może! A jednak. Parę kroków od naszych gerów znajdujemy studnię i od razu węszymy możliwość prysznica. Wyciągnąć wielki bukłak wody to jednak nie taka prosta sprawa. Złapałyśmy za wilgotny sznur z włosów wielbłąda zaparłyśmy się stopami o beton i woda została wydobyta! Czego nie zrobią dwie zdesperowane kobiety dla paru litrów wody. Wieczorem mimo zachmurzonego nieba organizujemy wypad na klify. Thorgo zgodził się nas podwieźć. Wracać zdecydowaliśmy się sami. Zaraz jak wdrapaliśmy się na klify niebo magicznie oczyściło się na zachodzie. Zapłonęły klify rażącym oczy pomarańczem. Kolejny cud na pustyni. Skakałam z jednej skalnej półki na drugą z kolejnym ujęciem. Na dole dołączyła do nas wycieczka z sąsiednich gerów. Wszyscy staliśmy w zachwycie jeszcze chwilę łapiąc zanikające karmazynowe barwy zachodu.
Zaczęliśmy się zbierać w drogę powrotną. Droga prosta, przed siebie, znów w kierunku białych sylwetek gerów... bladych... hmm szarych...
....coraz ciemniejszych
....hmm..i nie ma nic......
...UPS!!!
Temperatura powietrza w sam raz na spacer, miłe towarzystwo do rozmowy jest. Idziemy przed siebie - w kupie zgubić się zawsze raźniej. Na horyzoncie zapaliło się światło.
TO ŻÓŁW! i jego wielkie szklane okna. A wokół nas zapada coraz bardziej nieprzenikniona ciemność. Co jakiś czas ktoś z przodu czy z tyłu mrugnął porozumiewawczo fleszem. Zapaliły się pojedyncze latarki. Tymczasem na horyzoncie zrobiło się ciemno... KTO ZGASIŁ ŚWIATŁO? I GDZIE JEST ŻÓŁW? Nic... kierunek północny zachód i dalej toczą się beztroskie rozmowy w ciemnym pustkowiu. Żółw zapalił się znowu wraz nowym, małym światełkiem za nim. Nasze gery!
Do naszej ekipy dołączył jeszcze pies - obrońca. Nie zginiemy. W sumie już niecałe parędziesiąt metrów od obozu pojawiły się rażące okrągłe reflektory ekipy ratunkowej w vanie. Nasi przewodnicy przerażeni, a my wszyscy w dobrych humorach myślimy tylko o jednym: na piwko do żółwia! Pomimo dobijania się nikt nie chciał otworzyć nam raju piwnego. Cóż,  impreza przeniosła się do jednego z gerów. Nie ma to jak dobra szkocka przegryzana orzeszkami na środku pustyni. Whisky kulturalnie prosto z butelki, bo z kubkami czystymi krucho. Tok thoj!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz