poniedziałek, 27 czerwca 2011

Mongolskie klimaty - pożegnanie

Przed nami ostatnie niecałe dwa dni drogi. Ach, szkoda opuszczać ciągnące się bez końca stepy, wolno biegające konie i inne zwierzęta, ptaki nurkujące za naszym wanem w poszukiwaniu wyrzuconych kości. Przed oczami przelatują wspomnienia płonących o zachodzie wydm, szemrzących wodospadów i zamarzniętego jeziora. I ludzi zawsze uśmiechniętych i gościnnych jakże będzie brak!
Na ostatni nocleg po całym dniu jazdy zjeżdżamy pod świętą górę w okolicach jesiennej bazy Chingishana. Przyjmuje nas młode rodzeństwo pod nieobecność rodziców. Dziś śpimy w ich gerze na podłodze. Ger bardzo przyjemny i jak w większości miejsc tak i tu unosi się zapach przetworów mlecznych. Chłopiec ze swoja siostrą mają ręce pełne roboty.
Na wieczór trzeba przygnać zwierzęta i wydoić kozy. Bartek ofiarował swoją pomoc podczas selekcji płci. Próbował także swych sił w dojeniu. Podczas kolacji byliśmy jeszcze świadkami wyrobu tutejszego masła. Na dobranoc trochę telewizji i Idol w mongolskim wydaniu.
Wczesny poranek - jeszcze zanim zdołaliśmy przetrzeć oczy ze snu - wita nas widokiem cielaczka ssącego krowę. Nie ma to jak na wsi. Jasne ciepłe światło wpada przez otwarte drzwi. Śniadanie królów i w drogę jeszcze niecałe 200 km. Lunch jemy już z widokiem na całe miasto. Już tam jestem mój prysznicu i pralko, czekaj! Jeszcze trochę.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz