niedziela, 12 czerwca 2011

Jezioro Khovsgol

9-11 czerwca.
Droga zaczyna się coraz bardziej dłużyć. Asfaltu oczywiście nie ma już od stolicy, więc nasze pośladki obite są z każdej strony i już nie wiadomo jak się ułożyć. Mimo kapcia łapanego średnio 1.5 na dzień, którego nasz kierowca potrafi wymienić w zawrotnym tempie, posuwamy się wciąż naprzód. Praktyka czyni mistrza. Iszka potrafi wyczarować wspaniały obiad z niczego w szczerym polu. Dobre jedzenie, ciepła kawa i jabłkowa herbata wspaniale podtrzymują morale ekipy.

W końcu jesteśmy na miejscu. Jezioro jest wciąż oblodzone. Szybko wskakujemy do nowiuśkiego geru i rozpalamy piec do czerwoności.
Rano zaraz po śniadaniu zapoznajemy się w parę minut z obsługą koników i ruszamy brzegiem jeziora. Jest pięknie! Rżeniu koni wtóruje nieustający odgłos trzaskającego lodu. Mimo chłodnego wiatru od jeziora słońce grzeje niemiłosiernie. Magda po paru godzinach w końcu przyzwyczaja się do swego siwka, zwłaszcza że siwek chodzi swoimi drogami. Ja z Bartkiem wciąż wybiegamy przed grupę. I choć moje białe porsche prowadzi się wyśmienicie, to bardzo niechętnie wchodzi w galop. Bartek jest w swoim żywiole. Nasi przewodnicy są bardzo mili i chętni do pomocy. Dojeżdżamy do chatki rangersów głęboko w lesie, która wygląda jak tipi. Niedaleko wylegują się renifery. Możliwość zrobienia zdjęcia 3 000 tugrików. Po kolacji wraz z parą Nowozelandczyków i Węgrów dostaję kurs picia wódki po mongolsku. Wódka oczywiście mongolska - Czingis górą!
Po powrocie do geru okazuje się, że obdarowano nas kołdrami. Bartek do późna pilnuje ognia.
Ale było cieplutko!
W nocy Jezioro uwolniło się od lodu, który zniknął prawie w jednej chwili.
Ostatni dzień w przepięknej scenerii. Każdy poszedł w swoja stronę oddawać się kontemplacji i tak nas zlało mniej lub bardziej. Najbardziej zmokłam ja, aczkolwiek do geru wróciłam już sucha. Przynajmniej ciuchy się uprały :P I muszę przyznać, że człowiek czuje się trochę nieswojo stojąc na końcu ponad kilometrowej długości i półtorametrowej szerokości mierzei mając jezioro po prawej, po lewej i jeszcze wodę lecącą z góry.
Rano jeszcze chwila zadumy z ciepłą kawą w ręku i jedziemy dalej. Teraz kierunek południe.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz