sobota, 18 czerwca 2011

Gorące źródła Tsenher i Tuvhum monastery - luksus dla ciala i ducha w środku niczego

15-17 czerwca
Na lunch stajemy przy dość malowniczym kanionie. Iszka tworzy swoje cuda, a my zwiedzamy. Orły kołują nad naszymi głowami. W pobliżu znajdujemy olbrzymie ovoo. Na noc rozbijamy namioty u stóp skalistego, niewysokiego masywu. W zagłębieniu jednej ze ścian znajdujemy liczne gniazda małych ptaszków. W pobliżu pasie się duże stado kóz, koni oraz jaków. Zwierzęta podchodzą coraz bliżej do naszego obozu, a w końcu niepostrzeżenie jeden jak zaczyna przeżuwać namiot Krisa i Imbi. Po kolacji Bartek wyciąga nas do pobliskich gerów pograć w kosza.
Po serii leniwych rzutów rozpoczynamy grę na serio. Chłopaki potrafią się ruszać, strasznie spodobało im się granie przeciw wielkoludowi Bartkowi. Mimo obolałego kolana wkraczam do walki. Z geru dołącza jeszcze ich siostra. Tworzymy drużyny i rozpoczynamy mecz. Mimo dziwnych reguł tubylców szybko orientujemy się co i jak, gra toczy się ostro do zachodu słońca, dopóki mama nie zaczyna wołać swoich dzieciaków do domu. I jak to zawsze z mamami bywa, trzeba kończyć zabawę.
Następnego dnia trochę cywilizacji. Uzupełniamy zapasy w miasteczku i na lunch dojeżdżamy do gorących źródeł. Tutaj gery luksusowe, czyste i łóżka miękkie. Pod prysznicem każdy spędził prawie godzinę Ach - czasem można zaszaleć. Jednak nikt nie potrafił wsadzić więcej niż palca do gorących źródeł - ZA GORRĄCO!
Podczas deszczu woda stała się bardziej przystępna i cała zgraja turystów grzała... pośladki w kamiennej sadzawce. Siedzieliśmy tak do zmroku zgromadzeni wokół zacnie pomarszczonej dziennikarki. Samotnie podróżująca ponad osiemdziesięcioletnia Amerykanka raczyła nas historiami z szerokiego zakresu czasu i przestrzeni. Zamieszkiwała także swego czasu prawie każdy kontynent. Eh, aż człowiekowi staje w gardle te 27 lat "nicnierobienia", grzecznego studiowania i zarabiania.
Rano wymieniliśmy cichego Alana na niekończący się optymizm i energię z 66-letnich krwi i kości w osobie Marty ze Szwajcarii. Wycieczka żwawo przyturlała się na lunch pod gęsty jak na Mongolię las. Posileni wyruszyliśmy do pobliskiej świątyni na szczycie skały. Centrum medytacyjne Tuvhum to dość skromny, malowniczo położony kompleks budyneczków o niesamowitym charakterze. Iszka przeprowadziła nas przez wszystkie święte miejsca, co wymagało nie lada umiejętności wspinaczkowych na dość wysokiej skale bez zabezpieczenia. To nie Europa. Brak schodów linek i łańcuchów. Czysta frajda. Wraz z Krisem zdecydowaliśmy się oczyścić z naszych doczesnych grzechów i przeczołgaliśmy się przez święty tunel. Nowonarodzeni oddaliśmy się kontemplacji nad otaczającą nas naturą i pięknem niesamowitego miejsca. Tymczasem dwóm diabłom wcielonym, czyli Magdzie i Bartkowi, usta się nie zamykały. Eh trzeba było ich wrzucić do tej jaskini :P


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz