wtorek, 21 czerwca 2011

Dune's riders - Gobi KHONGORYN ELS

Powoli wycieczka dobiega końca. Teraz to, na co wszyscy czekamy ze zniecierpliwieniem - Gobi. Moje dziecięce marzenie. Z zaniepokojeniem słuchamy nowiny, że na pustyni pada od dwóch dni. Z drugiej strony to coś niewiarygodnego. O poranku, który dzięki nieprzemijającemu optymizmowi Marty stał się jeszcze przyjemniejszy, wymieniamy się adresami z Krisem i Imbi wracającymi do UB. W trakcie jazdy Stiven zaopiekował się moimi stopami, a wieczorkiem Magda poddała się kompleksowym zabiegom na mięśnie pleców. Kto powiedział, że w Mongolii nie ma luksusów?
Kolejnego dnia jazdy krajobraz staje się coraz bardziej surowy i płaski. Tylko w oddali majaczą nieregularne górzyste kształty. W końcu wszystko staje się bardziej wyraziste i stajemy nieopodal rozległego łańcucha wysokich wydm. Do końca dnia już tylko relaks, wsłuchiwanie się w łkanie wielbłądów, spacery po piasku w polowaniu za jaszczurkami i oglądanie gwiazd.
Z samego rana zostajemy przedstawieni naszym wielbłądom. Zwierzęta bez zażenowania gapią się na nas szczerząc żółte zęby. Ze stoickim spokojem i wrodzoną sobie gracją unoszą nas z ziemi dźwigając w stronę wydm. Szczęśliwi stawiamy nogi na piasku i wbiegamy na usypujące się pod naszymi stopami zbocze. Nie jest to proste. Bartek zanurkował w piachu zupełnie niecelowo. Miał oczy pełne piachu, ale dentysta butlą wody załagodził kryzys. Znów godzina bujania w drodze powrotnej. Jazda nie jest tak ekscytująca jak na koniach i chyba mniej przyjemna. Po godzinie kołysania na lewo i prawo czuje się jak po dwóch godzinach galopu konikiem. Pomacaliśmy, spróbowaliśmy, ale wielbłądy to nie jest nasza pasja. Żar leje się z nieba, więc nic nam nie pozostało poza sjestą we względnym chłodzie geru. Wieczorem po wczesnej kolacji wybieramy się teraz już na nóżkach do wydm. Jako ochroniarze zostają przydzieleni nam trzej miejscowi chłopcy (po ok. 6-10 lat). Droga na nogach zajęła nam mniej czasu niż na wielbłądzie. Nasi bodyguardzi zostają na pierwszej wydmie próbując zjeżdżać na desce, ale deska ani drgnie. To nic - ubawu i piachu maja i tak po pachy. My idziemy w głąb, wdrapujemy się na najwyższą wydmę w okolicy. Kontemplując widok, który zachwytem aż staje w gardle, śmiejemy się głośno. DOTARLIŚMY TU!!! i pójdziemy jeszcze dalej!
Po chwili zadumy nad tonącym w piasku i czerwieni słońcem wiatr zmienia się drastycznie i piaskiem bije po twarzy. W jednej sekundzie piasek jest wszędzie. Ciężko otworzyć oczy. Zawinęłam sobie chustę wokół głowy. Zaczęliśmy zbiegać, by jak najszybciej wydostać się z wydm. Piasek napędzony wiatrem zwalał z nóg, które i tak już brnęły nieporadnie w sypkim podłożu. Słońce karmazynową czerwienią przelewa się przez wydmy. Jeszcze zostało parę wzniesień, w górę i w dół. Cała nasza czwórka chowa aparaty przed falami piasku, ale nic nas nie powstrzyma przez złapaniem kolejnych zdjęć - choćby w biegu. W każdą stronę piasek wygląda tak samo. Gdzie są chłopcy?! W końcu widzę ich - strasznie daleko! Jakim cudem zapuściliśmy się aż tak głęboko? Podbiegam bliżej. Maluchy skacząc machają rękami i wskazują na chmurę piachu na wschodzie. Z wiatrem docierają do mnie okrzyki GO! GO! Dobiegamy do naszych ochroniarzy i kierujemy się w stronę obozu, szczęśliwie oddalając się od pasma wydm. Po drodze lekki deszczyk zwilża nam twarze i przed zapadnięciem zmroku wpadamy do naszego geru. Jeszcze zanim emocje opadły sprawdzamy owoce naszego pospiesznego fotografowania. Naszym amatorskim okiem: CUuuDO!





4 komentarze:

  1. Extra. Jestem pełen zachwytu ;).
    Krzysiek R.
    Pozdrawiam z Krk

    OdpowiedzUsuń
  2. Fantastyczna podróż! Dzięki za relację. Pozdrawiam. Kasia z Katowic

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękujemy za tę relację! Inspirująca i zachęcająca. Marzy nam się taka podróż i zaczyna układać się w głowie... jak wiemy wszystko zaczyna się od marzenia a potem to tylko realizacja :) Pozdrawiamy - wyprawiaki.pl

    OdpowiedzUsuń