poniedziałek, 20 czerwca 2011

Dolina Orkhonu - kraina wodospadów i pól zastygłej lawy


18-20 czerwca
Woda! Dużo wody! Jeszcze nie w pełni rozpakowani - tylko ręcznik, kosmetyczka, w rękę pusta butelka, wanienka od gospodarzy i biegiem nad rzekę. Stojąc w stosie prania, na wpół rozebrani, z mokrymi czuprynami i gęsią skórką od przejmującego wiatru, łapiemy chwilę by się zorientować, jak to miejsce jest cudne. Nie jest już też nam straszna zimna woda. Na moją głowę wystarczy półtorej butelki. Skok po następną butlę i płukanie.
W Mongolii jest olbrzymi szacunek do wody. By uniknąć zanieczyszczenia wszelkie mydliny i płukanie z dala od rzeki!
Po powrocie do geru poznajemy Stivena z Francji. Fizjoterapeuta amator od razu oferuje swoje usługi. Moja nóżka dawno prosiła się o pomoc, więc poszła na pierwszy rzut... Auuu i..... :D Kolanko zgina się jak nowe! Ile radości może dać na stepie poprawne wykonanie pozycji skoczka narciarskiego wychodzącego z progu. Po lunchu poszliśmy zwiedzać okolicę. Skoki po polach lawy ze świeżo naprawionym kolanem sprawiały jeszcze więcej przyjemności. Dodatkowo bieg od drzewa do drzewa, by się schować przed deszczem.
Następnego ranka razem z dwoma innymi grupami wsiadamy na konie, by zapanować nad okolicą. Nic z tego. Jesteśmy prowadzeni jak na smyczy w zwartej grupie. Konie aż trudno powstrzymać od kłusu, ale każdy zryw napotyka na krzyk przewodników. Odwiedzamy dwa wodospady i wracamy na lunch.
Po naszych gorących prośbach jeden przewodnik decyduje się poprowadzić naszą grupę oddzielnie od reszty. Niczego jeszcze nieświadomi siadamy na nowo przydzielone konie. Czu... czu... i... w mgnieniu oka wchodzimy w galop i tylko za nami zostaje kurz. Po chwili oszołomienia przychodzi wszechogarniające szczęście. Wiatr w oczy dmie, a my fruwamy przez zielone łąki. Czu czu... Przewodnik ze świeżo złamaną na koniu ręką nie zwraca na nas uwagi. Raz z przodu, raz z tylu. Machnie tylko w którą stronę. Czu czu... Spotykamy małe stadko koni z nowo narodzonym źrebakiem. W międzyczasie orientuję się, że mój koń nie ma jednego oka i coś często się potyka. Nie ma czasu na strach! Czuu czu... Międzynarodowymi gestami panowie wyrażają ochotę na piwko. Szalony horse rider zabiera nas w kierunku wioski (około 4 domy) położonej w głębi doliny. Po drodze przeprawa przez wartką rzekę. Czu czu... I nic że nam oczy wychodzą na wierzch, a buty nurkują w wodze. Bierzemy dwa dwulitrowe piwka spod lady i jest radocha! Konie trochę wypoczęły więc wracamy jeszcze szybciej. Czu czu.... przez kamienie, łąki, drogi, sus przez przeszkody. Czu czu... JESTEŚMY W MONGOLII Czu! Czu... To jest spełnienie. Nie mogliśmy o niczym innym dziś rozmawiać: konie, step, czu czu...





....Jedzenia trzeba sobie pilnować!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz