czwartek, 16 czerwca 2011

Białe jezioro TERKHIIN TSAGAAN NUUR

12-15 czerwca
Do następnego jeziora daleka droga. Podobno półtora dnia. Wszyscy wypoczęci zmierzamy ku dalszej przygodzie. Moim małym prywatnym celem jest prysznic - w końcu. Trasa prowadzi przez malowniczy górzysty krajobraz po coraz bardziej wyboistej drodze. W markecie po drodze Bartek kupuje asortyment na pustynię. Podczas postoju na obiad pokaz mody męskiej. Bawełniane lekkie koszule w tym sezonie i obowiązkowo wywietrzniki na pośladkach panowie!
Co jakiś czas kierowca trąbi ku czci Ovoo. Na nocleg rozbijamy obóz między wyrzeźbionymi przez wiatr formami skalnymi.
Droga jest coraz większym wyzwaniem dla kierowcy. Nasze terenowe cudo przemierza podmokłe tereny, śnieg i potoki. W końcu stajemy przed mostem... albo czymś co po nim zostało. Jak na zawodowych turystów przystało mamy radochę z robienia zdjęć, a tymczasem nasz kierowca i przewodnik załamują ręce. Wiedzieli, że most jest zniszczony, ale nie wiedzieli jak bardzo. Kierowca nogą znawcy kopnął w parę desek - JEDZIEMY! Wypakowaliśmy ciężki ładunek i rosyjskie cudo motoryzacji przeprawiło się na drugi brzeg. Teraz my z całym naszym dobytkiem. Hip hip hurra!
Właśnie pisząc te relacje wdycham piękny zapach wsi bijący od dwóch nastolatków, których wzięliśmy z deszczu do naszego wehikułu. Chłopcy mało rozmowni o poczciwych twarzach, trochę chyba przestraszeni widokiem tylu turystów.
W końcu dojechaliśmy do jeziora. Zimna woda nie powstrzymała nas od wzięcia upragnionej kąpieli. Niektórym - czyli mnie - posiadanie w końcu czystej czupryny pomieszało w głowie tak, że z kubkiem gorącej herbaty wdrapałam się na pobliskie wzniesienia, krokiem Sinatry przeprawiłam się przez cały łańcuch, po czym na skalnym rumowisku wywinęłam orła. Na drugi dzień kolanko zostało zawinięte w bandaż. Eh, gdyby kózka nie skakała... Bartek i Magda z samego rana wyruszyli na wulkan Khorgo. Ja z Krisem, żeby się nie przemęczyć, poszliśmy na pobliskie wzniesienia. Koniec końców patrzyliśmy na wulkan z góry. Bartek wrócił ze świeżo upolowaną coca colą. Iszka po raz kolejny dokonała cudu i wyczarowała na lunch sushi.
Odjeżdżając zwiedziliśmy jeszcze pobliskie jaskinie, a raczej dziury w ziemi. Teraz kierunek gorące źródła.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz